Andrzej Borecki |
|||
Bluszcz | |||
|
W krainie odległej, a tak bliskiej, tak pięknej i tak tajemniczej, krainie zwanej "życiem", wszystko toczyło się normalnym, powolnym trybem. Wręcz namacalny i zauważalny był tam spokój i harmonia. Smutek i melancholia były rzadkością, miłość i przyjaźń były składnikiem każdego niemal dnia. Wydawało się, że nic nie może zburzyć panującej tu sielanki. Każda godzina była darem a każde miejsce domem. Wszyscy żyli jak jedna wielka rodzina, każdy miał swą bratnią duszę. Słońce nas karmiło, a deszcz dawał siłę, działał kojąco i uspakajał. Ziemia była matką, fundamentem naszej egzystencji. Ja - piękny, młody i delikatny bluszcz byłem otoczony potężnymi, silnymi drzewami, które niczym rodzice stały zawsze przy mnie. To one były moim drogowskazem, uczyły jak się rozwijać, wskazywały kierunek. Kiedy trzeba było dopuszczały do mnie słońce, czasem chroniły przed wiatrem. W takich warunkach mogłem piąć się prawie do nieba. Niestety nadszedł czas, kiedy zapragnąłem być samodzielny, chciałem zrobić coś na własną odpowiedzialność. Myślałem, że sam poradzę sobie lepiej. Łudziłem się, że jesli oderwę się od swojej podpory to może znajdę miejsce, gdzie będzie lepiej, gdzie będzie więcej słońca, więcej miejsca dla mnie. Zaryzykowałem ! Okazało się jednak, że egoizm nie wyszedł mi na dobre. Przekonałem się, że życie w symbiozie to najlepsze, co może być. Wspólna pomoc, wsparcie, przywiązanie to wartości najważniejsze, których niedoceniałem wcześniej. Nie potrafiłem sam dać sobie rady. Cóż bluszczowa natura jest taka, że warunkiem do przeżycia i rozwoju jest podpora, musi mieć się na kim wesprzeć. Przyjaciele ostrzegali mnie - nie słuchałem. Kiedy upadłem, wysokie rośliny przytłoczyły mnie. Zabrały światło, powietrze i wodę. Przestraszyłem się. Zdałem sobie sprawę, że wybrałem złą drogę. Nie tak to miało wyglądać. Myślałem, że tak będzie lepiej, że stanę się silniejszy. Pomyliłem się. Przekonałem, że jednak sam nie mogę nic. Nie tędy droga. Nieśmiało mu na to pozwalałem. Później prosiłem wręcz o pomoc. To był wielki przełom w moim życiu. Takie niby nic a okazało się, że uratowało moją egzystencję. Był to krzew, nie za wielki, nie za silny, który sam miał wielkie potrzeby, a przy którym i ja odnalazłem swoje miejsce na ziemi. Podniósł moje na wpół obeschnięte gołe łodyżki, posłużył mi podporą. Mogłem pomału owijać się wokół niego. Początki były ciężkie i trudne. Najpierw bardzo sceptycznie, potem coraz odważniej wplątywałem się między niego. Zacząłem pomalutku ufać, że mnie nie skrzywdzi. Powoli zmniejszałem swoją granicę, barierę. Pozwalałem siebie i jemu na coraz bliższy kontakt. W niedługim czasie łodygi nasze splątały się tak ciasno, że znowu poczułem się bezpiecznie. Moje gałązki zaczęły wypuszczać nowe listki i stałem się znowu potrzebny. Mogłem dać coś z siebie, otrzymując za to po stokroć więcej ... Dziś wiem, że sam sobie nie poradzę. Na szczęście to niemiłe doświadczenie mam już za sobą. Narodziłem się po raz drugi i nie mam zamiaru tego zaprzepaścić. Los dał mi drugą szansę, pozwolił zrozumieć swój błąd, naprawić to co popsułem, odbudować to co zburzyłem. Dziękuję ... Teraz już wiem: "Bluszcz nie rośnie bez podpory". | |||
× × ×Δ koniec Δ | |||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||