Assire var Anahid

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Kryształ snu




Nie. Nie ma podziału na dobro i zło. Nie ma jednej linii, dzielącej ludzi na dobrych i złych. Nie ma granicy, dzielącej samego człowieka.

Nocami słyszę jak umierają ponownie, słyszę ich krzyk, rozdzierane pazurami ciała, druzgotane czaszki i czuje smak krwi.
I jego czerwone oczy. Cuchnący oddech tuż przy mojej twarz.

- Zginiesz bracie - cynizm, lód i mój strach.

Tu kroki nic nie znaczą, śnieg tłumi każdy odgłos, mróz wdziera się do gardła, cisza wręcz absolutna. To miejsce nie ma nazwy, nie ma przeszłości nie ma przyszłości. Tu jest tylko mój ból. I wspomnienie jej ust.
Wszystko umarło...
Zabierz mnie stąd i gdzie ja właściwie jestem?
Ona uśmiecha się. Jest tak samo piękna jak wtedy, tamtej jesieni. Czarne włosy spływają jej do pasa, zielone kryształowe oczy, biała sukienka.
Uśmiecha się tak jak kiedyś, jak wtedy, gdy staliśmy pod białymi jabłoniami, gdy po raz pierwszy ją zobaczyłem.

Tamtej jesieni już się nie uśmiechała, widziałem cierpienie, strach, a jednak walczyła z nami do końca, nie mogłem jej uratować. Nie potrafiłem? Ani jej ani ich. Byliśmy tak młodzi. Tak silni. I tak głupi.
Wataha Tańczącego Ognia - niepokonani.

Nadeszli nocą, gdy Luna ukryła swoją twarz. Czerwone oczy lśniły w ciemnościach. Było ich wielu, zbyt wielu, zabiłem chyba czterech, ale oni byli wszędzie. Ona upadła na rude liście, przebita pazurzastą łapą. - Uciekajcie, proszę.. - Słyszałem jej krzyk. Ale my nie uciekamy. Nie my. Wtedy jeszcze mogliśmy. Szał w nas rósł. A oni zabijali nas po kolei. Padłem ostatni.
Czerwone ślepia pochylone nade mną - Wiesz, kim byłeś? Nikim. Zawiodłeś: watahę, Caren, Gaje - pluje tuż obok, zdeformowany pysk wykrzywia uśmiech. Powoli odchodzą, on stoi - Zostawimy cię tu, wykrwawisz się patrząc na trupy twoich towarzyszy. - Jego kroki i śmiech cichną w mroku.

Przeżyłem. Kiedyś byłem Tańczącym z Nocą. Dziś jestem nikim. Roninem, przeklętym wilkiem, bez imienia. A teraz, znów ją widzę, znów jest obok mnie. Czy przebaczono mi winy? - Nikt nigdy cię nie winił, sam musisz sobie wybaczyć. A przecież najtrudniej darować sobie błędy i chwile słabości... - Uśmiecha się, czuje jej zapach, sen... Od tamtej jesieni nie raz mi się śniła, latem, gdy zbierała kwiaty, nocami, gdy jej oczy był jak gwiazdy, gdy walczyła...I jak umierała.

- Choć - mówi, prowadzi mnie przez kryształowe korytarze snu, przez zielone łąki, przez lasy pełne szklanych drzew. W kryształach widzę twarze dawno zmarłych przyjaciół i tych, którzy wciąż walczą, widzę słońce po raz pierwszy od wielu miesięcy, widzę niebo, powoli przypominam sobie, ból rośnie we mnie, te lata, kiedy zamknięty we własnej ciemności uciekałem otwierają się. Ból przelewa się prze ze mnie - niemal go widzę, szaro czarną rzekę łez, cierpienia, wylanej krwi, krwi niewinnych, krwi wrogów, krwi przyjaciół... - Obudź się nareszcie - mówi - Czas wrócić do życia, co raz nas mniej, nie wolno ci zapadać się w siebie i zostawić Gaję, to jest niewybaczalne, świadomy wybór, którym niszczysz siebie i zabijasz setki istot. Bo to ty jesteś obrońcą. Potrzebuje cię mój syn, twój syn. Nasz syn. - To ja miałem syna... Pamiętam jak przez mgłę, ona pochylona nad kołyską, sny majaki. Nie. Kryształowe ściany odbijają światło. Jasne, zimne, niewiadomo skąd.

Chłopak ma czarne włosy, jej zielone oczy, w dłoniach dzieży klaive - mój klaive.
Dowodzi watahą, jak wiele w nich, w nim z tych młodych Garou, których pamiętam z lat mojej młodości. - Jesteś młody, tylko chcesz czuć się starcem, a przecież oni cię potrzebują, teraz jeszcze walczą, ale lada dzień, popełnią te same błędy, te same głupstwa, potrzebują nauczyciela, przewodnika. Nie wolno ci zapomnieć o tym, kim byłeś. - Gładzi mnie po włosach, jej dłoń jest zimna, jej nie ma. Ona jest tylko zmorą, sennym koszmarem. Jej nie ma!
Uśmiecha się - Być może, ale ty nie masz prawa się poddawać, walcz, walcz dla Gai - powoli znika, rozwiewa się, w zimnej pustce kryształowych sal.
Łzy płyną same po policzkach, jestem nikim, nie jestem już wojownikiem, jestem starcem.
Białe kopyta uderzają w posadzkę, czarne mądre oczy długi smukły róg. - Dość już, teraz musisz wrócić - jednorożec...

Mężczyzna obudził się, ziemia wokół pełna była odcisków kopyt. Siwe pasma włosów spływały mu na twarz. Podniósł niewidzące oczy w stronę wschodzącego słońca. Promienie przebiły zasłonę mroku, znów widział niebo. Wstał, czuł się jakby ubyło mu lat. Znów żył.
Może już czas wrócić do domu?

Kobieta uśmiechnęła się smutno. Czas walczyć, czas zabijać, czas ginąć. Ale przecież my inaczej nie umiemy...

 
___

Opowiadanie to powstało na motywach systemu Rpg - Świat Mroku - Wilkołak Apokalipsa.
W gwoli wytłumaczenia:
klaive - to rytualny wilkołaczy miecz, często z zaklętym w nim duchem. jednorożec - tu jest symbolem mijającego snu i powrotu do realności. Duch opiekuńczym bohatera.
Caren - to miejsce święte, dla Wilkołaków.
Wilkołak - wbrew obiegowej opinii, tu jest obrońcą Gai - Matki Ziemi i bohaterem pozytywnym, choć nieco porywczym. Wilkołaki łącza się w małe oddziały uderzeniowe - watahy.


I to tak pokrótce, mam nadzieje że nikt nie poczuje się urażony tymi prostymi acz mam nadzieje logicznymi wyjaśnieniami.




 

× × ×

Δ koniec Δ
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥