Gwyneth

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Strażniczka




Rozdział 02

Podbiegł do niej z piłką w dłoniach.

- Wróciłaś - zawołał, a ona przyłożyła palec do ust.
- Cii... nie pamiętasz? Jestem twoją małą tajemnicą - puściła do niego perskie oko. Pokiwał jasną główką.
- Gdzie byłaś przez całe wakacje? - wyszeptał konspiracyjnie. - Martwiłem się - dodał z wyrzutem.
- Kochanie, przecież zawsze jestem przy tobie.
- To dlaczego ze mną nie rozmawiałaś? Tęskniłem przecież.
- Wiem. Ale chciałam byś pokazał, jakim jesteś dzielnym chłopcem.

Malec chwilę zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Potem smętnie zwiesił głowę.

- Nie jestem dzielny. Płakałem kiedy upadłem na rowerze i kiedy mama dała mi klapsa za cukierki.
- To nic - odpowiedziała poważnie. - Płacz nie jest zły, bo nie wolno się winić za uczucia. Źle jest poddawać się smutkowi bez walki. Tak, jak źle jest podjadać cukierki kiedy się wie, że mama tego zabrania.
- A więc jestem dzielny? - podniósł na nią zdziwiony wzrok.
- Tak, mój maleńki.

Od strony ganku dał się słyszeć zniecierpliwiony głos. Babcia wołała chłopca, zapewne zaniepokojona jego długą nieobecnością. Uśmiechnął się przepraszająco i popędził prosto w jej objęcia.

Aaviel patrzyła, jak kobieta tuli go do siebie. Nie mogła powstrzymać łzy wzruszenia. Pamiętała jednak, by złapać ją, nim spadnie na ziemię. Ciekawe co by się stało, gdyby ktoś trafił tu na diamenty.

Delikatnie zebrała poły mgielnej szaty i ruszyła za znikającą w domu parą. Przeszła przez ścianę i rozsiadła się w głębokim fotelu w salonie. Była teraz niewidzialna nawet dla swojego podopiecznego, który na podłodze bawił się w western. Malec nigdy nie lubił samochodów.


- Karen jest przepiękna – mówił chłopak, a jego oczy lśniły niezwykłym blaskiem. – Ma kasztanowe włosy i niebieskie oczy, śliczny piegowaty nosek i... Wiesz, że nie lubi swoich piegów? A dla mnie są takie urocze. Takie wyjątkowe.

Aaviel siedziała na parapecie i słuchała. Jej mały chłopiec wyrósł na poważnego nastolatka. Był przystojny, choć nieco zbyt szczupły. Włosy pociemniały mu lekko, brwi niemal zrosły się nad parą stalowych oczu.

W szkole radził sobie średnio. Nadrabiał miłym sposobem bycia, obrotnością, zaradnością. Zaproponowano mu stanowisko przewodniczącego w uczniowskiej radzie, nie zgodził się jednak. Został rzecznikiem praw.

Karen stała się jego asystentką i zastępczynią. Dobra dziewczyna, chrześcijanka. Skromna i grzeczna, wszystkim gotowa służyć pomocą, na wszystkich otwarta. A do tego ładna i dobrze wychowana. Istna królewna. Szkoda tylko, że tak nieszczęśliwa...

Aaviel poradziła mu przynieść jej kwiaty. Nie róże czy lilie, ale własnoręcznie zebrane stokrotki. Poskutkowało. Chłopak promieniał radością. Pierwsza miłość dodała rumieńców jego miłej twarzy.

Widywał Karen popołudniami, zabierał do kina i na spacery po parku. Zawsze spotykali się i rozstawali w tym samym miejscu, na przystanku autobusowym przy jego ulicy. Nie chciała, by ją odwiedzał, mówiła, że mieszkanie jest dopiero po remoncie. Dziwił się, ale nie nalegał.

Przypadkiem odkrył kiedyś czarne sińce na jej drobnych rękach. Przemokli, a jego mama kazała im się przebrać i schować pod kocem. Karen nie chciała, mówiła, że nic jej nie będzie. Martwił się o nią. Nalegał tak długo, że w końcu uległa. Gwałtownym ruchem odsłoniła ramiona. Miała na sobie tyko biały podkoszulek z czerwonymi plamami na plecach. Jej nagie ręce były miejscami niemal czarne. Próbowała tłumaczyć się wypadkiem, ale żaden wypadek nie zostawia takich obrażeń. Chyba że jest człowiekiem.

Na początku nie wiedział co robić. Poszukał spłoszonym wzrokiem Aaviel. Stała w przeciwległym kącie pokoju i posępnie kręciła głową.

- Ona tego nie doceni – powiedziała niskim głosem. – Stracisz ją i boisz się tego. Ale wiedz, że jeśli się zawahasz, pewnego dnia możesz ją stracić na zawsze.

Tego wieczora nie pozwolił jej już wrócić do domu. Prosiła, ale był nieugięty. Rodzice poparli go, gdy powiedział o swym wstrząsającym odkryciu. Karen była niepocieszona. Długo płakała w salonie, nim zmorzył ją sen.

Następnego dnia pojechali na policję. Dziewczyna musiała zeznawać. Proces był krótki i jednoznaczny – sadystyczny ojciec trafił za kratki. Matka długo obwiniała córkę za to, co się stało. Dopiero pomoc psychologa uświadomiła jej, w jakim była błędzie. Wtedy koszmar Karen skończył się ostatecznie.

Aaviel stała przy nim, gdy usłyszał o tym z ust taty. Cieszył się bardziej, niż kiedy był zakochany. Mimo świadomości, że dziewczyna go nienawidzi.

Kiedyś będzie ci wdzięczna, myślała Aaviel, patrząc na jego radość. Kiedyś zrozumie, że podarowałeś jej życie.




× × ×

← rodział poprzedni Δ

× × ×

Δ rodział następny →
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥