Rozdział 03
Siedziała koło niego w metrze. Widział ją, ale starał się udawać, że nie. Aaviel zaglądała mu przez ramię. Czytał tomik celtyckich legend, kupiony za psie pieniądze w jednym z antykwariatów. Właśnie zagłębiał się w historię magicznego sztandaru McLeodów, kiedy obok niego coś pacnęło na ziemię. Odruchowo schylił się, by to podnieść. Jego dłoń zacisnęła się na czerwonej parasolce tuż obok drobnych kobiecych palców.
- Dziękuję – powiedziała, kiedy podnosił parasolkę. – Jestem taka niezdarna.
- Proszę – uśmiechnął się i spojrzał na nią. Chwilę mierzyli się wzrokiem, ona lekko zmieszana, on pełen niepewności. – Karen? – zapytał w końcu.
- Arthur – wyszeptała. Przez chwilę myślał, że odwróci się i ucieknie. Zamrugała oczami, jakby wyrwano ją właśnie ze snu. Potem wyciągnęła do niego rękę. – Tyle razy chciałam się z tobą spotkać, ale nie miałam odwagi.
Zaprosił ją do kawiarenki i długo rozmawiali o tym, co stało się od czasu ich rozstania. Karen skończyła psychologię, znalazła pracę w Cardiff i tam wyszła za mąż. Trzy lata temu urodziła córkę. Maż zostawił ją, kiedy jeszcze leżała w szpitalu. Z pomocą przyszła jej matka. Teraz obie mieszkały w Walii, w miłym domku na przedmieściach stolicy.
Czuł, że wraz z pojawieniem się Karen coś zaczęło w nim odżywać. Przypomniał sobie spacery brzegiem Tamizy, ławkę, na której rysowali kiedyś serce, a w nim swoje inicjały. Zapragnął znów mieć ją w ramionach, dbać o nią. Zapragnął mieć ją znów, ale inaczej, bardziej dojrzale. Wtedy była jego najlepszą przyjaciółką, z którą chodził za rękę. Teraz stała się połową ciała i duszy, bez której nie potrafił żyć.
Wyjeżdżała ze łzami w oczach. Obiecał że przyjedzie tak szybko, jak to będzie możliwe. Wierzyła mu, a jednak się bała. Ze zniecierpliwieniem skreślała dni w kalendarzu.
Wczesną wiosną żółta taksówka zajechała przed dom.
Przyjechał.
- Powiedz mi, o czym jeszcze marzysz?
Siedzieli na huśtawce w ogrodzie. Delikatny wiatr rozwiewał srebrne włosy Karen. Bezwiednie przytuliła się do jego boku, a on pogładził ją po policzku.
- Chyba o tym, by ta chwila mogła trwać – odrzekła cicho. Jej głos nadal był ładny i dźwięczny. – Byśmy nie musieli już obawiać się jutra.
- Boisz się? – spytał nieco zdziwiony. Lekko kiwnęła głową.
- Tego, że pewnego dnia obudzę się, a ciebie już nie będzie. I nigdy więcej cię nie zobaczę.
Zamyślił się i siedzieli w ciszy, obserwując dzieci bawiące się przed domem. Trójka roztrzepanych wnucząt, same łobuzy, ale wszystkie kochane. Deniel próbował właśnie wspiąć się Maire na plecy. Arthur uśmiechnął się.
- Wiesz, moja słodka, wszystko ma swój cel – powiedział, obejmując żonę ramieniem. – Rodzimy się i umieramy, by znów się urodzić. Taka jest kolej rzeczy. Kiedyś ludzie wierzyli, że każdy ma takiego boga, do jakiego wznosi modły. W rzeczywistości wszyscy bogowie to jeden Bóg, a wszystkie boginie to jedna Bogini. To Ona, dobra Matka, przychodzi po nas w ostatniej godzinie. Bóg zaś sądzi dusze i decyduje, kto godzien jest wieczności, a kto musi wrócić i starać się o nią w dalszym życiu. Jakże okrutny byłby nasz los, gdybyśmy mieli tylko jedno życie na decyzje o niekończącym się potępieniu lub szczęściu!
Spojrzała na niego. W poznaczonej zmarszczkami twarzy dostrzegła coś bardzo dziwnego... Jakby wszystko, co mówił, nie pochodziło z jego ust. Jakby to nie on siedział przy niej, tylko mędrzec z zamierzchłych czasów, biegły w księgach i religijnych misteriach.
- Niebawem stanę przed sądem – ciągnął Arthur, a jego głos znów stał się głosem schorowanego staruszka. – Wtedy rozstrzygną się moje losy. A po mnie i twoje.
Niewykluczone, że będziemy skazani na kolejne życie na ziemi. Ale obiecuję, że wtedy cię odnajdę, tak jak teraz odnalazłem. Zawsze będę przy tobie.
- To, co jej wtedy powiedziałeś, było bardzo mądre – Aaviel trzymała go za rękę, kiedy szli świetlistą aleją. Nad nimi błyskawice splatały się w rozjarzone sklepienie, wokół pięły się kwiaty o ognistych płatkach.
- Mówiłem tylko to, co usłyszałem od ciebie – odparł. Przystanął na chwilę i spojrzał jej w oczy. Były czarne jak bezgwiezdna noc. – Wszystko, co miałem, zawdzięczam tobie, Aaviel.
- Mylisz się – powiedziała ze śmiechem. – Każdy z was ma anioła, który podąża za nim krok w krok. Szepcze o tym, co dobre i co złe, jak należy postępować, by być szczęśliwym. Tylko zwykle nikt go nie słucha.
Dotknęła dłonią jego policzka, teraz gładkiego i miłego w dotyku. Znów był jej małym, dziesięcioletnim chłopcem.
- Ty byłeś wyjątkowy, Arturze. Słuchałeś swojego anioła, ale on nie mógł być za ciebie dobrym człowiekiem. Teraz bez strachu wstąpiłeś na ścieżkę do Innego Świata. Nie potrzebujesz już opieki.
- Zostawiasz mnie?
- Tak, kochanie – powiedziała i znikła niczym mgła w promieniach słońca. Pierwszy raz poczuł się sam, ale uczucie to nie napawało go lękiem. Śmiało ruszył przed siebie, nucąc melodię starej, celtyckiej kołysanki.
Schodziła ostrożnie, muskając stopnie koniuszkami palców. Na dole, niczym klejnot, połyskiwała lampka w małym pokoju. Obok niej stała kołyska, w której spokojnie spała filigranowa istotka.
Aaviel pocałowała ją w czoło i cichutko podeszła do okna. Cztery gniade konie spokojnie szczypały trawę w okólniku. Usiadła na parapecie, zwieszając nogi na zewnątrz. Kiedy dziewczynka zakwiliła, Aaviel podeszła do niej i uspokoiła piosenką. Mała zmrużyła ciemne oczka.
- Jesteś bezpieczna, moja Karen – powiedziała anielica, uśmiechając się lekko. – Tym razem obiecuję ci dobre życie.
|