Gwyneth |
|||
Szkocka Ballada | |||
Rozdział 03Pierwszą noc spędziła w siodle. Milczący rycerz nie zatrzymał się nawet na chwilę; bojowa klacz była silna. Za odpoczynek starczały jej chwile stępa z poluzowanym popręgiem i filigranową dziewczyną na grzbiecie. Rycerz szedł obok, chrzęszcząc pancerzem i mrucząc pod nosem stare, szkockie ballady. Mohr znała je doskonale. Zaproponowała mu swój śpiew, lecz odmówił gwałtownym potrząśnięciem głowy. Pewno obawiał się, że podążająca ich śladem pogoń wyłowi wśród szumu wiatru cichy dziewczęcy głos. Mohr nie miała mu tego za złe. Nie zależało jej na życiu kowalowej, nawet jeśli alternatywą miała być śmierć. Choć oczywiście nie była. Inaczej zamiast porywać, rycerz ściąłby jej głowę. Następnego wieczora zaczęło padać. Zboczyli z leśnego szlaku i zaszyli się w młodym zagajniku. Rycerz rozciągnął miedzy drzewami impregnowany tłuszczem koc. Muireall dostała ciepłą derkę. Zwinięta w kłębek zasnęła, z miłą świadomością przygody i niepewnego jutra. Przedświt przywitał ich gęstą mgłą. Na gałązkach lśniły krople deszczu, przestało jednak padać. Wznowili podróż lekkim kłusem. Mohr z zadowoleniem spostrzegła, że zmęczenie po długotrwałej jeździe minęło całkowicie. Klacz była miękka niczym sofa. Nawet gdyby księżniczka nie miała pojęcia o konnej jeździe, utrzymanie się na gniadym grzbiecie w pełnym galopie nie stanowiłoby wielkiego problemu. Kolejne dwa dni minęły zaskakująco wolno. Rycerz nie odzywał się ani słowem, rzadko też unosił przyłbicę. Nawet wtedy Mohr nie była w stanie dostrzec jego twarzy, ukrytej w cieniu angielskiego hełmu. Obozowali pod gołym niebem. Nie palili ognisk, żywiąc się suszonym mięsem i owocami. Muireall dostała bukłak z wodą, podczas gdy rycerz pił z innego. Po zapachu w jego trunku rozpoznała szkocką whisky. Czwartego dnia po południu rycerz założył dziewczynie opaskę na oczy. Nie protestowała, choć uważała to za śmieszne. I tak nie byłaby w stanie trafić do domu. Długo krążyli po bezdrożach, nim dźwięk łamanych gałęzi zmienił się w głuche dudnienie o ubity piasek. Mohr poczuła, jak czyjeś silne ręce zsadzają ją z kulbaki. Odsłonięto jej oczy. Ze zdumieniem spostrzegła, że zapadł już zmierzch. Ujrzała wokół siebie mnóstwo światełek. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że znajduje się na dużej polanie, a światełka są rozpalonymi przy namiotach ogniskami. Na jednym pieczono baraninę – przyjemny zapach drażnił nozdrza i przypomniał jej, jak bardzo tęskniła za ciepłym posiłkiem. Dwóch mężczyzn uprzejmie przywitało ją w imieniu człowieka, o którym nigdy nie słyszała. Poprowadzono ją do niewielkiego, drewnianego domku na uboczu. Tam zajęło się nią kilka starszych dziewcząt. Miały mlecznobiałą cerę i złociste włosy. Mówiły w dziwnym języku, a z każdej ich wypowiedzi promieniała radość. Zręcznie rozebrały Muireall do naga. Chwilę przyglądały się w zdumieniu pokrytej delikatnymi piegami skórze. Mohr uśmiechnęła się. Była ruda od stóp do głów. W mdłym świetle oliwnych lampek dziewczęta pomogły jej się umyć. Potem wsunęły na nią delikatne, luźne szaty o brzegach haftowanych w celtyckie sploty. Rozczesane loki Mohr spłynęły na plecy ognistą kaskadą. Dziewczęta westchnęły z zachwytu. Muireall rozczarowała się nieco, gdy od razu po kąpieli odprowadzono ją na spoczynek. Obok posłania z wrzosu znalazła tacę z owocami, trochę colcannon i chleba zmarłych – tradycyjnych potraw Samhain. Ledwie zdążyła spróbować obu, gdy zmorzył ją sen. Ujrzała mężczyznę ze świecą w dłoniach, który cicho wszedł do namiotu. Pochylił się nad nią i chwilę przyglądał w skupieniu. Mohr poczuła przyjemne ciepło na czole. Uśmiechnęła się przez sen. Mężczyzna delikatnie otulił jej ramiona pledem. O tej porze roku noce bywały wyjątkowo chłodne. | |||
× × ×← rodział poprzedni Δ |
× × ×Δ rodział następny → | ||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||