Gwyneth |
|||
Szkocka Ballada | |||
Rozdział 04Jesienne słońce lśniło wysoko nad horyzontem, gdy Muireall wyszła z namiotu. Z uśmiechem spojrzała na ludzi spełniających codzienne obowiązki. Starsze kobiety nadzorowały wypiek chleba, mężczyźni nosili wodę i drewno. Grupka jasnych dziewcząt parskała śmiechem nad koszami z wełną. Przechodzący opodal starzec ofuknął je z udawanym gniewem. Przystanął nagle, zauważając Mohr. Pomachała mu. Uśmiechnął się ciepło i ruszył w jej kierunku. Był wysoki i ogorzały od słońca, srebrny zarost na twarzy postarzał go wyraźnie. Nosił piękne, choć nieco zniszczone szaty. Przedstawił się imieniem, które Muireall słyszała poprzedniego wieczora z ust dwóch młodzieńców. Domyśliła się, że ma do czynienia z przywódcą dzikich Szkotów. Po krótkiej wymianie grzeczności zaprosił ją na obiad. Z ukrywanym wzruszeniem przyjęła podane ramię – mężczyzna przypomniał jej straconego ojca. Za szpalerem namiotów w biało–niebieskie pasy ustawiono długi stół. Po obu stronach ciągnęły się ławy wystrugane z jednego potężnego pnia. Zgromadzone przy stole trzy tuziny osób nie zajęły nawet połowy jego długości. Mohr wywnioskowała, że przeznaczono go dla wszystkich mieszkańców obozu. Starzec posadził ją blisko szczytu, między przystojnym ciemnowłosym chłopcem a rozszczebiotaną dziewczynką. Ostre rysy tej dwójki zdradzały pokrewieństwo – Mohr odgadła, że są dziećmi przywódcy. Chłopiec skłonił się szarmancko. Zwano go Artair, co znaczy ‘orzeł’. Muireall zaśmiała się w duchu z żartu natury. Miał iście orli nos. Mała Aili okazała się przeciwieństwem poważnego brata. Dziecinnym, choć ciętym dowcipem umilała Mohr posiłek, w sekrecie dzieląc się wiedzą na temat każdego z biesiadników. Muireall śmiała się, a choć nie zapamiętała większości imion, doskonale wiedziała, kto kiedy z kim pije w krzakach i dlaczego stara Alpina nosi dwie różne pończochy. Dopiero kładąc się spać przypomniała sobie, że w zasadzie to została porwana. Jak dotąd nikt nie powiedział jej po co i dlaczego, ona zresztą nie pytała. Nie pilnowano jej wyraźnie, choć czasem czuła na sobie baczne spojrzenia obozowych strażników. Starała się je ignorować. Przecież nie w głowie jej były piesze ucieczki przez mroczne bory, zwłaszcza na progu zimy. Wśród skazanych na banicję Szkotów czuła się całkiem dobrze. Była pewna, że maskarada z angielskim rycerzem służyła jedynie zmyleniu pogoni. Być może w imieniu znaczniejszego księcia banici zażądają za nią okupu, być może coś nawet dostaną. Prędzej czy później wróci do poprzedniego życia i będzie mogła kontynuować udawanie przykładnej żony zamożnego Gowana. Nie myliła się. Kiedy następnego dnia odwiedził ją przywódca, towarzyszyło mu dwóch pachołków z inkaustem i zwojem pergaminu. Na plecach jednego z nich Mohr spisała dyktowane ustami starca słowa. Okup nie był wysoki. Kilka funtów srebra i parę uncji złota. Trochę zmartwiło ją to, że nie wyceniono jej na więcej. Podpisała zaadresowany do braci list zamaszystą sygnaturą. Uśmiechnęła się krzywo, gdy podano jej kolejny arkusz pergaminu. Ten miał trafić do Gowana. Wymieniona stawka wzrosła dziesięciokrotnie. | |||
× × ×← rodział poprzedni Δ |
× × ×Δ rodział następny → | ||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||