Gwyneth |
|||
Więzy Krwi | |||
Rozdział 02Od ostatniej leśnej przygody Bran starał się opuszczać posiadłość jak najwcześniej, oby tylko nie zwracać niczyjej uwagi. Podążając znanymi sobie ścieżkami docierał do niewielkiej łąki graniczącej z urwiskiem. Opadał na murawę i czekał, oddając się wspomnieniom. To tu spotkał ją po raz pierwszy - drobną, bladolicą dziewczynę o włosach czarnych jak krucze skrzydło i oczach zieleńszych niż młode liście klonu. Osunęła się ze skarpy i wisiała uczepiona korzenia, zbyt słaba by się podciągnąć i zbyt przerażona, by prosić człowieka o pomoc. Człowieka! Ona nie pochodziła przecież z ludzkiej rasy, spostrzegł to od razu. To jedna z czarownego ludu, elfia panna, czarodziejka. A jednak była tak śliczna i krucha, że budziła w nim jedynie ciepłe uczucia. Kiedy stanęła przed Branem, trzęsąc się ze strachu i pokornie skłaniając głowę, miał ochotę porwać ją w ramiona i utulić pocałunkami. Drżącym głosem spytała, jak może odwdzięczyć się swemu wybawcy. Już miał ochotę rzec, że jeden uśmiech stanowić będzie wystarczającą zapłatę, kiedy w jego umyśle zrodził się inny koncept. Zażyczył sobie spotykać ją tu, na łące, dzień w dzień, póki nie zwolni jej z danego słowa. Dziewczyna ostrzegła go, iż obietnica złożona śmiertelnikowi może wiązać ją jedynie trzy księżyce i ani dnia dłużej. Uradowany i zaskoczony, przyjął warunek bez wahania. Od tamtej pory nie było dnia, w którym myśli Brana opuszczałyby jego 'czarowną przyjaciółkę'. Każda godzina spędzona bez niej wydawała mu się jałowa i nic nie znacząca. Tęsknił za nią, choć wmawiał sobie, że chce jedynie nacieszyć oczy widokiem tak uroczej istotki. Kiedy jednak zjawiała się bezszelestnie, owita w zwiewne suknie i zapach jaśminu, jego serce drżało, a głos zamierał ze wzruszenia. Za każdym razem wydawała mu się piękniejsza, bardziej magiczna i słodsza. Za każdym razem jej uśmiech był cieplejszy, a dusza mniej płochliwa. Aż wreszcie i ona zaczęła płonić się, gdy wiązał jej spojrzenie swoim łagodnym, błękitnym wzrokiem. Nie wiedzieć kiedy nastał jednak dzień, w którym wypadała pierwsza kwadra czwartego księżyca od wypadku na skarpie. Był to umówiony czas rozłąki i Bran, targany niepokojem, zjawił się w miejscu spotkania jeszcze przed jutrznią. Jej obecność nie zaskoczyła go. Panna leżała w miękkiej trawie, z martwym wzrokiem utkwionym w aksamicie nieba. Na dźwięk kroków Branwalthera poderwała się z miejsca i wybiegła mu na spotkanie. Jej oczy lśniły od łez. Bez słowa wziął ją w ramiona, na co odpowiedziała deszczem gorących pocałunków. W pierwszych promieniach wschodzącego słońca ich ciała splotły się w nierozerwalny węzeł miłości i żaru. | |||
× × ×← rodział poprzedni Δ |
× × ×Δ rodział następny → | ||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||