Gwyneth

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Więzy Krwi




Rozdział 03

Szczęście opuściło ją tak nagle, jakby porwał je chłód jesiennego wiatru. Oczy, jeszcze przed chwilą jaśniejsze od gwiazd, teraz zasnuły się mgłą. Oto bowiem dostrzegła rozdarcie umiłowanej duszy i choć Bran nie rzekł wiele, pojęła jego intencje. Było oczywiste, że nie może z nią pozostać. Ma przecież żonę, której obiecał opiekę, niedługo też zjawi się dziedzic, któremu winien zapewnić dostatnie życie. Długo milczała nim zdołała zebrać odwagę i spytać, czy to jedyny powód. Przytaknął ze smutkiem i ukrył twarz w dłoniach. Nie widział jak ucieka, potykając się i gubiąc po drodze kryształowe łzy.

Bran wrócił do posiadłości niedługo przed tym, nim nastała najmroczniejsza część nocy. Zaskoczył go widok wielu zapalonych świec i krzątanina służby. Na dźwięk rozpaczliwego krzyku Mariot zbladł, po czym szparkim krokiem ruszył ku jej komnatom. Nie wpuszczono go jednak i zmuszony był oczekiwać pod drzwiami, niepewny i chory z niepokoju.

Długo siedział w bezruchu, wyłapując każdy, nawet najlżejszy szmer. Z początku krzyki Mariot rozbrzmiewały w całym majątku. Potem zaczęły cichnąć i zmieniły się w słabe, ledwo słyszalne jęki. Drzwi komnaty uchyliły się i wybiegła z nich pomocnica akuszerki. Jej suknie były zakrwawione, a na czole perlił się pot. Bran spytał o żonę i syna, lecz kobieta odpowiedziała mu tylko mocniejszym zaciśnięciem warg. Nie mogąc znieść napięcia, wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu, modląc się o kres tego koszmaru.

W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że Mariot ucichła. Zamiast tego rozległo się ciche, urywane kwilenie dziecka. Nie czekając na pozwolenie, Bran otworzył drzwi komnaty i wszedł do środka. To, co zobaczył, sprawiło, że musiał przytrzymać się ściany.

Mariot leżała w swym łożu, nieruchoma, przykryta prześcieradłami. Cała pościel przesiąkła już krwią, a na posadzce utworzyła się karminowa kałuża. Twarz dziewczyny była nienaturalnie blada, oczy otwarte i nieruchome. Wokół łoża stały kobiety, z litością wpatrujące się teraz w oszołomionego Branwalthera. Jedna z nich trzymała niewielkie zawiniątko.

- Dziewuszka urodziła się zbyt wcześnie, ale jest silna i...

Dziewczynka? Córka?

Bran ukląkł przy łożu i ujął dłoń Mariot w swoje palce. Była zimna i bezwładna, niebieskie żyłki wyzierały spod bladej, papierowej skóry. Przycisnął ją do ust i zapłakał gorzko. Czuł się tak, jakby wyrwano mu serce.

Nagle przyszła mu do głowy obłąkańcza myśl. Czyżby jego czarowna przyjaciółka nie chciała znać powodów, dla których musiał ją opuścić? Czyż nie opowiedział jej o dobrej żonie i dziedzicu, którego tak pragnął? I oto Mariot leży martwa, jej życie uciekło podczas zbyt rychłego porodu. A dziecko, które przyszło na świat, nie jest nawet chłopcem. Ta wiedźma, pomiot szatana, zabrała mu żonę i najdroższego syna!

Ogarnięty dziką furią wybiegł z posiadłości. Skierował się ku łące przy skarpie, której nienawidził teraz bardziej niż samych piekielnych czeluści. Skapany w blasku księżyca zaczął wzywać tę, która go zdradziła. Zjawiła się szybciej niż sądził. Stanęła przed nim, jak zwykle delikatna, niewinna, łagodna niczym zapach jaśminu.

- Ty mała diablico - krzyknął, zbliżając się niebezpiecznie. - Odebrałaś mi to, co miałem najcenniejszego, omamiłaś moje serce! Morderczyni! Obym cię nigdy nie spotkał, obym nie dotykał twych plugawych kształtów, którymi posłużyłaś się by uczynić mi największą z krzywd!

Uciekła nie przed nożem, który niespodziewanie znalazł się w jego dłoni, lecz przed spojrzeniem, dla którego gotowa była porzucić swój lud i zamieszkać w podłym świecie ludzi. Teraz to łagodne, niebieskie spojrzenie zwróciło się przeciwko niej w takim szale, jakiego jeszcze nie znała.

Bran został sam. Wiedział, że nigdy więcej nie spotka już elfiej dziewczyny, nie dopełni więc na niej zemsty. Lecz to brzydkie, czarnowłose dziecko, które sprowadziła na świat jej ohydna magia... To dziecko nie może pozostać przy życiu.




× × ×

← rodział poprzedni Δ

× × ×

Δ rodział następny →
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥