Kai Fist |
|||
Popo | |||
BalPopo otworzył swoje małe oczka, szybko wstał z łóżka. Na stole leżał list. Właściwie to nie był list. Było to zaproszenie na przyjęcie. Tak, nigdy się to mu nie przytrafiło. Była to nowość dla niego. Dostać takie coś. Poczuł się więc Popo bardzo wyróżniony i szczęśliwy. Buahaa Buahaa Buahaaa - zaryczał jak siłacz, którego widział Popo na zawodach w podnoszeniu sztangi. Czuł w sobie moc, siłę tak wielką. Zdolny byłby teraz podnieść wielkie ciężary, gdyby takie przypadkiem znalazły się z pobliżu. Nie minęła minuta, gdy Popo znalazł się już za drzwiami swego domu. Gdy szedł sobie spokojnie ulicą rozmyślając o motylkach, wielka ciężarówka wyjechała za rogu. śmierdziało od niej spalinami, słyszeć można było drżenie szyb w pobliskich oknach. Pojazd się zatrzymał, ale tylko na chwilkę. Zaraz kierowca używając całej swojej zręczności zawrócił, i ustawił go tyłem do Popo. Coś załomotało w drzwi. Podmuch wiatru spowodowany ich rozwarciem rzucił Popo o ścianę pobliskiego domu. Na czystej białej koszuli osiadło pełno szarego kurzu. Z wozu wyskoczyło trzech wielkich, przeogromnych brutali, potężne karczyska ze zwałami mięśni i łyse dyniaste głowy. Popo nie widząc innej możliwości ruszył za tymi typami. Weszli do strzelistego budynku z dużymi oknami. Rozpoczęła się kanonada. Posypał się grad kul z trzech potężnych, metalicznych karabinów maszynowych. Szyby rozszczepiały się na małe kawałeczki błyszczące pyłu. Szli tak piętro za piętrem cały czas siejąc zniszczenie. Zatrzymali się dopiero na dziewiątym przy drzwiach numer 357. Bandyci cichutko weszli do owego pokoju. Popo był sam. Pomyślał, żeby szybko po cichutku uciec. Ale bał się. Bał się, że zawiedzie tych ludzi. Przecież oni mu zaufali i powierzyli bardzo ważne według nich zadanie. A Popo zawsze dotrzymywał słowa. Był przecież człowiekiem honoru. Po upadku bolała Popo nieco głowa. I troszkę ubranko się wytarmoszyło. Ale pełen sił dotarł po chwili do upragnionego miejsca. Na sali balowej nikogo jeszcze nie było, za wyjątkiem starego profesorka. Przyjęcie się rozpoczęło, do pustej sali zaczęli się schodzić goście. Koledzy, koleżanki, różne panie i tajemniczy panowie w dziwnych garniturkach. Popo usiadł na samym końcu stolika. Kelnerki postawiły na stół najrozmaitsze przysmaki jakie kiedykolwiek w życiu widział. Torty, ciasta, kosze owoców, ciasteczka, cukiereczki, i wszystko to, czego dusza mogła tylko zapragnąć. Rozpoczął się szaleńczy wyścig. Każdy napychał sobie buźkę czym się dało. Każdy... no, prawie każdy. Popo posiadał pewne problemy, jako że ciężko mu było z końca stołu sięgnąć po cokolwiek. Chętnych, żeby podać smakołyk nie było. Poprosił więc chudego koleżkę o pomoc. Chłopak się zlitował, i z wielkiej miski rzucił mu niewielkiego orzeszka. Zrobił to z taką siłą i szybkością, iż Popo nie zdążył nawet ręki wyciągnąć, gdy upragniona rzecz upadła z tyłu na podłogę. Nie pozostało nic innego jak tylko poszukać tego orzeszka na podłodze. I wtem wydarzyło się coś okropnego. Przechodzą kelnerka rozgniotła go swoim twardym obcasem na amen. Popo poczuł się smutny, zabolało go mocno serce, bardzo mocno. Spuścił twarzyczkę, wlepił wzrok w podłogę. Starał się ukryć żal i łzę, która spływała mu po policzku. Nie chciał nikogo martwić i przysparzać problemów swoim zachowaniem. Kątem oka dostrzegł, iż jedna z pań ładuje do swoich kieszeni smakołyk za smakołykiem. Intrygujące - pomyślał Popo. Wówczas mężczyzna obok cichutko napomniał nieszczęsną. Ach! Jak się Popo strasznie ucieszył, cudownie wręcz. Zaraz też, nie czekając na żadne zachęty, skosztował przepyszny duży czekoladowy cukierek. I natychmiast się skwasił. Nadzienie było wiśniowe, a Popo nie przepadał za takim smakiem. Nie wypadało odkładać napoczętego jedzenia na stół, więc biedaczek się męczył, kruszynka po kruszynce przełykał znienawidzony smak. Trwało to tak długo, że gdy skończył na stole nie pozostało już nic. Położył łokieć na stół i podparł policzek. Trwał w zamyśleniu aż do momentu, gdy starsza pani zagadnęła. | |||
× × ×Δ Popo, Popo → | |||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||