Kai Fist

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Wojownik




Rozdział 02

Zbudził go nagły krzyk. Wstał szybko i rozejrzał wokoło. Przed nim stał tylko jeden człowiek. Był nim Ipoe, jego przyjaciel. Słońce sięgnęło zenitu.

- Wstawaj, nie pora na sen. Znaleźliśmy go!
- Gdzie?
- Jest w lesie. Szybko!

Alsycid szybko pochwycił miecz i ruszył biegiem. Wkrótce przemierzali sosnowy las. Ramię w ramie, gdyż drzewa nie rosły zbyt gęsto.

- Czy ktoś nam jeszcze pomoże? - Spytał szybko Alsycid lekko dysząc - Czy są tam już inni?
- Aha! Vavh, Xed, Zahin, bracia Fenir i inni. Ponad dwudziestu na pewno, jak nie więcej!
- Dobrze, bardzo dobrze - rzekł Alsycid z ledwo wyczuwalnym zadowoleniem. - teraz nam się nie wymknie.

Był tego pewien. Sprawiedliwość zwycięży. Stanie się to, czego oczekiwał od dawna. Zbliżali się do celu. W powietrzu unosił się zapach świeżo ściętych drzew. Oznaczało to, że są już nieopodal chaty drwala, miejsca w którym schronił się Jatrux wraz z niedobitkami swojego oddziału. Został osaczony.

Ipoe zaprowadził Alsycida do miejsca, w którym powinni czekać na nich pozostali, lecz ich już tam nie było. Zaniepokoiła go całkowita cisza.

- Chodź - powiedział Ipoe - Pójdziemy w stronę chaty, może już się zaczęło. Nie wiem, co się dzieje.
- Może musieli zmienić miejsce?
- Lepiej szybko to sprawdźmy!
- Racja. - rzekł przez zaciśnięte zęby Alsycid - czuję, że coś się stało.

Powoli skradając się poszli w stronę chaty. Chwilę potem byli już na miejscu. Zza drzew ujrzeli straszny widok.

Chatę zaczął powoli obejmować ogień. Dym przedzierał się przez drzwi i przez okna. Na ziemi leżały ciała poległych. Odbyła się tu zacięta bitwa. Alsycid dostrzegł znajome sylwetki. Obok ławki, która stała pod oknem, leżał martwy Xed. Jego silna klatka piersiowa została przebita ciężką włócznią. W samych drzwiach leżał kolejny towarzysz broni, a na nim Zahin, obie ręce miał obcięte. Kilka metrów przed drzwiami leżeli bracia Fenir, za życia byli zawsze nierozłączni, śmierć również zastała ich razem. Co kilka metrów leżały zwłoki, poprzebijane ostrzami mieczy. Były wśród nich także ciała wroga, lecz niezbyt wiele. Alsycid stał pośrodku pobojowiska, chwilę potem osunął się na kolana. Dlaczego to się stało - pomyślał. Opuścił głowę, jego ręce mimowolnie pochwyciły rękojeść miecza i ścisnęły go z całej siły. Ogień obejmował chatę coraz mocniej. Ipoe zdołał tylko zajrzeć przez drzwi do środka. Nikogo tam nie było. Obszedł jeszcze raz chatę dookoła bacznie się rozglądając, lecz nie znalazł niczego, co by przyciągnęło jego uwagę.

- Wszyscy nie żyją - stwierdził z żalem - Wszyscy, nie ma tylko Vavha. Jak to się mogło stać! Mieliśmy przewagę, mieliśmy zaskoczyć Jatruxa!

- Jatrux! Jatrux! Nie doceniamy go! Przechytrzył nas wszystkich! - krzyknął ze złością i z wielkim cierpieniem na twarzy Alsycid, zaraz potem dokończył z wielkim rykiem i grymasem na twarzy - Przysięgam, że go dopadnę! Nawet jeśli będę musiał go szukać całe moje życie. Dopadnę tego diabła!

Nagle Ipoe coś zauważył. Kawałek dalej, gdzie trawa nie była podeptana przez walczących wyłaniał się lekko zarysowany ślad. O tym, że ktoś tędy przechodził świadczyły również nadłamane gałązki krzaków i małe plamki czerwonej cieczy na ich liściach.

- Spójrz tu! Pójdźmy tym tropem.
- Vavh! - syknął Alsycid z nadzieją w oczach.
- Kimkolwiek on jest, długo nie pożyje! Coraz więcej krwi.

I rzeczywiście Ipoe miał rację. Im bardziej zagłębiali się w las tym więcej zielonych liści było skalanych plamkami rdzawego koloru. Wkroczyli w strefę, w której rosły młode świerkowe drzewa. Gęste gałęzie zasłaniały skutecznie widok, lecz nie spowalniały zbytnio poszukiwań. W powietrzu unosiła się woń żywicy.

I właśnie kilkadziesiąt metrów w głębi tego lasku leżał człowiek. Był nim Vavh. Głowę lekko podparł o kawał starego pnia. Jego czarne krótkie włosy były całe oblepione krwią, która zalała również całą twarz. Widać było ranę na głowie, dowód tego, że niedawno zadano tam cios. Tylko niebieskie oczy sprawiały wrażenie, że nic się nie stało, że dusza została nietknięta, lecz ma zamiar niedługo opuścić ciało. Jednak mimo tej ciężkiej rany, Vavh trzymał się dzielnie. Tak jakby wiedział, że młodzi wojownicy przyjdą po niego.

- Vavh! - krzyknął Ipoe - słyszysz mnie! Nie odchodź!
- Dasz radę. - powiedział Alsycid - Dasz radę! Pamiętasz, czego mnie nauczyłeś? Pamiętasz?

Nie usłyszeli żadnej odpowiedzi, żadnego słowa. Umierający chciał coś powiedzieć, lecz tylko udało mu się zakaszleć. Słowa więzły w gardle i nie chciały się wydobyć na świat. Podniósł tylko rękę i wskazał gestem, aby Alsycid zbliżył się do niego. Co natychmiast się stało. Z wielkim wysiłkiem z ust umierającego wydobyło się kilka słów. Młody wojownik usłyszał tylko ich część, mimo to zrozumiał, co chciał przekazać Vavh.

Smutek zalał twarz Alsycida. Nie mógł patrzeć jak mistrz odchodzi. Nie mógł nic na to poradzić. Ale może istniała jeszcze szansa? Było to pytanie, na które nie był w stanie sobie odpowiedzieć.

Tymczasem Ipoe zdjął swoją lekką zbroję. Po czym rozdarł swoją koszulę na pasy i opatrzył rany cierpiącego Vavha. Było to wszystko, co mogli dla niego zrobić. Teraz potrzebowali tylko cudu.

Zapadło milczenie. Wojownicy usiedli i patrzyli w zamyśleniu na Vavha, potem chwilę na siebie nawzajem. Nie wiedzieli czy mają zostać i zaopiekować się nim, czy też pogonić za Jatruxem. Problem rozwiązał się sam.

- Schwytajcie go! - wyszeptał z ledwością Vavh.
- Jak rozkażesz! Zrobimy wszystko, co się da. Przyrzekamy! - wykrzyknął Ipoe w wielkim uniesieniu - Nie zawiedziemy cię! Wkrótce tu wrócimy i zajmiemy się tobą. Jeszcze stoczysz wiele bitew! Niech duchy przodków mają ciebie w opiece.
- ...niech mają! - zawtórował Alsycid.

 

Nie! - rozległo się długie wołanie. Przeszyło ono wszystkich wokoło mrożąc krew w żyłach. Oszołomiony wojownik wstał na nogi, ludzie przyglądali mu się dziwnie. Chwilę potem podszedł do niego Trazeo. To wystarczyło. Alsycid powoli zaczynał zapominać o śnie, który go nawiedził. Kompania zaczęła zbierać się do wymarszu.




× × ×

← rodział poprzedni Δ
 
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥