Kala Pęczkowska

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Nimfy, Bogowie i Ludzie




Rozdział 01

Puszcza była gęsta. Drzewa strzeliste aż do sklepienia niebieskiego. Ptactwo różnorakie i wrzaskliwe. Droga, natomiast wyboista i nie bardzo widoczna zza kępiastej trawy. Końca podróży nie było widać, a i kupcy mimo, że znali te głuche ostępy dobrze, nerwili się jadąc tak dzień trzeci.

Karawana była niewielka ale złotników wiozła ze sobą całe krocie. Miały one zabrzęczeć panom nad spokojnym morzem i utargować jantara całe garście. Zbliżała się noc. Głuche ostępy poczynały strachy tworzyć. To jaka sójka skrzydełkami rozbiła ciszę, to znów sówka zahukała złowrogo. Woźnica wstrzymał konie:

- Tu prześpim się. O tu na tej polanie. Zdałoby się jechać dalej, aż do Gródka jakiego, ale godzina już wieczorna nastała i nie winniśmy koni ni złotników, ni siebie na stracenie wieźć przez noc.

Powiedziawszy owe słowa woźnica wstrzymał konie i skręcił na polanę. Słońce jeszcze czerwienią dogorywało, to też obóz można było rozbić bez większego wysiłku. Kupcy tobołki swe przy pazuchach trzymali.
Rozpaliwszy ognisko usiedli na skórach cielęcych wokoło niego. Nie było najzimniej. Woźnica i dwóch pachołków, którzy panom towarzystwa dotrzymywać mieli i do celu doprowadzić ich, jęli udźce baranie ćwiartować i nad ogniskiem opiekać. Zapachy rozchodziły się przednie. Tłuszcz skapywał z mięsa i skwierczał w płomieniach.

Południowe pany nie zwyczajne jechać w lesie, strachały się choć nic nie mówiły. Co chwil kilka zerkały w gęste zarośla. To znowu uszu nastawiały i oczy szerzej rozwierał, ale gadać o strachach nie chciały.

Woźnica znał las dobrze. Przewoził owym duktem już nie jedną kupiecką karawanę. I choć starość doganiała jego kości i ciało, nie dawał on poznać po sobie zmęczenia. Dwa dni drogi od owej polany opole było. Stamtąd też owych pachołków wysłano. Chłopaki były młode i niegłupie ale doświadczenia za nic nie miały. Woźnica, więc czuł się jedynym starszym, na którego barkach obowiązki wszelakie z podróżą związane spoczywać miały.

Po wieczerzy obfitej, pany senne się zrobiły i nijak było do gadaniny jakiej ich namówić. Chłopaki zaś rozochocone ucztą, o pannach sprośne historyje poczęły opowiadać. Śmieli się przy tym tak głośno, że echem budzili cały las. Woźnica nie bardzo chciał takiego rozgardiaszu, karcił młodzian spojrzeniami i kijem. Niestety, niewiele to pomagało. Rozkazał im więc iść w dwa różne końce obozowiska i tam do snu się ułożyć. Sam zaś na czatach został. I to pomogło. Nastała cisza tak głęboka, że słychać było chrabąszcza łażącego po liściach i komary brzęczące nad głowami.

Stary woźnica grzebał kijem w ognisku i rozmyślał o swej babie, o polu, które zostawić musiał synowi swojemu, o bartku które obracała w swych rączkach najmłodsza córeczka plotąc kolorowe przepaski. Myślał tak i dumał, dumał tak i myślał aż chyba przysnął.

Obudzony nagle jakim pohukiwaniem zerwał się na równe nogi. Wyciągnął zza pazuchy nóż i zaczął się skradać w stronę krzaków. Serce waliło mu w piersi ale umysł miał żeźki. Doszedł do jałowca. Rozsunął gałęzie i... nic. Niczego tam nie było. Zajrzał jeszcze pod iglastą jodłę i też nic. Wzruszył ramionami: „Chyba jakie duszki w mej pecynie śnić mi kazały.” Pokręcił z niedowierzaniem głową. Zerknął na śpiących i usiadł przy ogniu. Nie chciał spać ale myśli różniaste nachodziły jego głowę, aż ta opadła bezwładnie na piersi. Teraz cała polana drżała chrapaniem.

Jednak woźnica się nie mylił. To nie we śnie coś go zbudziło. Krzaki były ciemne , osnute nocą i kryły postać nieznaną. Stwór owy charczał cicho i czekał aż głęboki sen ogarnie podróżników. Gdy woźnica spuścił swą śpiącą głowę, krzaki zaszeleściły ponownie, lecz tego szelestu nikt nie usłyszał. Ciemna, schylona postać przemknęła po polanie, za nią przebiegła druga i trzecia. Rozległo się ciche wycie, jakby nawoływanie. Po chwili ostępy otaczające polanę zapełniły się błyszczącymi ślepiami. Wycie się wzmagało. Ptaki ucichły i chyba nawet komary przestały szukać ukrwionego miejsca do ukłucia. Krąg się zacieśniał. W powietrzu rozchodził się mdły zapach jakby końskiego potu, jakby ludzkich palonych kłaków. Jeden z pachołków nękany zapewne jakimś niesmacznym snem mlasnął i odwrócił się na drugi bok, przewracając przy tym dzban z wodą. Ta chlusnęła i zalała tlące się ognisko. Syk gaszonego żaru i dym obudził woźnicę. Obudzili się taż kupcy przeklinając po swojemu.
Woźnica trzymał już nóż w ręku.

- Weź pochodnię i spróbuj rozpalić ją. Tu jeszcze tli się ogień. Szybko, szybko!!

Woźnica wiedział, że coś się działo, tylko on znał te miejsca i tylko on wiedział co trzeba robić. Krzyknął w stronę kupców:

- Wyciągajcie noże czy miecze co tam macie i brońcie się to zło nas zaatakowało, to zło...!

Kupcy miotali się jak w gorączce. Potykali się o tobołki. Przewracali dzbany. Młodzian nie mógł podpalić pochodni. Dmuchał ile sił w płucach. Wtem wielki zgarbiony zwierz przekłuł mu gardło. Krew siknęła na ziemię zalewając młodzieńca. Kupcy poczęli krzyczeć i uciekać.
Drugi z pachołków chwycił pochodnie i dmuchał ile sił w tlący się jeszcze żar. Udało się, na chwilę płomień odbił się od popiołu. To wystarczyło. Pochodnia płonęła. Chłopak zobaczył krew, ciało swego kompana. Podniósł głowę. Polana wrzała. Grube cielska kupców walały się po trawie rozrywane pazurami potworów. Ślepia im błyszczały. Nagle młodzian zobaczył jednego z nich, jednego ze złych. Miał twarz.

- To ludzie-wilki, umrzemy! - Krótka myśl przebiegła mu po głowie. Ktoś wytrącił mu pochodnię, powalił go na ziemię. Zwierz charczał, śmierdział krwią i końskim potem.

Chłopakowi udało się uciec. Złapał gorejącą szczapę. Odwrócił się. Potwór był tuż za nim. Chłopak nie mógł już biec. Zaczął wymachiwać ogniem. Pomagało. Człek- wilk odskoczył i dał mu wystarczająco dużo czasu na ucieczkę. Młodzian wskoczył na wóz. Chciał odjechać.

- Konie!! - Wrzasnął i głos zamarł mu w gardle. Nie było koni. Szczątki mięsa walały się po polanie.
- Co robić, na święte konie, co robić?!!

Nic jednak nie zdążył uczynić. Uderzony w głowę upadł i zobaczył ciemność. Woźnica natomiast walczył nadal. Zakrwawiony z potworną raną, nie był jednak równym przeciwnikiem. Miotał nożem, kamieniami, dzbanami i czym tylko mógł. Nagle zobaczył pochodnię. Paliła się jasnym, niespokojnym płomieniem, który zżerał odzienie nieprzytomnego młodzieńca. Dopadł jej. Parząc sobie zakrwawione ręce rzucił ją na drogocenne płótna kupców. Wiedział, że sam nie przeżyje ale myślał, że ktoś jeszcze...

Płótna zajęły się natychmiast. Płomienie buchnęły jasnym gorącem. Polana rozbłysnęła ogniem. Ludzie- wilki zaczęły wyć, zakrywać zakrwawione twarze. Światło ich zabijało, drażniło. Wyły i uciekały zostawiając kawały drgającego, ludzkiego mięsa.

Stary woźnica oddychał ciężko. Spuchnięte oczy nie pozwalały mu patrzeć. Poszarpane i poparzone ręce zwisały bezwładnie. Oparł głowę o koło wozu, przy którym upadł rzucając pochodnię. Jak to zrobił nie pamiętał. Zresztą to nie było ważne. Już koniec, umrze tutaj sam w lesie.

Nagle coś się poruszyło, czyżby jeszcze jeden potwór, jeszcze jeden wysłannik zła. Starzec nie chciał o tym myśleć, był zmęczony, wyczerpany, zasypiał. Na płonącym wozie coś się jednak ruszało. To był młody pachołek. Uderzony w głowę zemdlał a teraz budził się parzony płomieniami. Zsunął się z wozu. Otworzył oczy. Był półprzytomny. Widział kontury, czuł smród krwi, palonych kłaków, ludzkiego potu. Wstał, chciał iść do przodu komuś pomóc prosić o pomoc. Potknął się o coś, przewrócił. But i noga... czyjaś noga. A gdzie reszta!!?
Wtem usłyszał ciche wołanie:

- Chodź tu kimkolwiek jesteś, chodź.

To był stary woźnica. Młodzian widział jego ciało ubroczone krwią, leżące bezwładnie. Podszedł do starca jak najszybciej mógł. Ukucnął. Woźnica zdawał się nie żyć ale w jego piersi kołatało jeszcze serce.

- Panie woźnico! Co to było!? Co to było!?
- To ludzie-wilki, ludzie-wilki synu. Wychodzą na łowy gdy miesiąc rumiany. Myślałem, że tu nie przyjdą. Myliłem się. Teraz umieram.

Zamarł za chwilę i ciężko dysząc próbował coś mówić. Skrzepy krwi wylewały się z jego połamanego nosa, zalewały całą twarz. Ale starzec był silny.

- Powiedz ludziom we wsi - mówił prawie bezgłośnie - powiedz, że znów tu są. Zło, zło przyszło do nas, niech idą dalej i pilnują dziewek... - Umarł.

Młodzian nie wiedział co myśleć. Zło było wszędzie a tu na tej polanie zebrało niezłe żniwo. Młodzian musiał dotrzeć do wioski. Nie miał wozów, koni ni kompanów. Poparzony i wyczerpany ruszył więc o własnych siłach. Musiał ostrzec, musiał uratować blźnich. Za plecami zostawił ulaną krwią polanę, swego kompana, starca i dwóch rozszarpanych bogatych panów z południa. Zostawił też marzenia o morzu, o dużej, dużej wodzie, której miał już nigdy nie ujrzeć.




 

× × ×

Δ rodział następny →
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥