Rozdział 02
Dobiegł do wioski, choć nie pamiętał jak. Upadł. Ocknął się na słomianym łożu i ujrzał głowę wiedzmy nad sobą. Czary czynić poczęła. Młodzieniec nie czuł ni członków, ni twarzy jeno tył głowy rwał go okrutnie. Zamknął oczy i zasnął. Obudziwszy się raz kolejny obaczył słońce jaśniejące. Wiater owiewał mu ciało. Ruszył palcem, potem drugim, potem jeszcze jednym. Czuł. Widać nie było mu dane do zaziemia wędrować. Oparł się na łokciach. W głowie mu się mąciło a oddech miał nieświeży jak stęchłe kartoflisko.
Rozejrzał się. Chaty stały, dziatwa biegała przy chrustach ale jakaś niemrawa była, jakby ktoś głośno radować jej się nie dał.
- Wreszcie żeś oczy rozwarł. No, siadaj młokosie, bo wiele żeś nam historyji winien. - Mężczyzna w sile wieku pomógł chłopakowi usiąćś i poklepał go po ramieniu.
- Jedyny żeś złej mocy się sprzeciwił i jedyny żywyś.
Chłopak zbierał myśli. W końcu przypomniał sobie potworniaste obrazy. Krew czerwieniającą z każdego skrawka polany i owe ślepia, zwierzęce ślepia w obliczu ludzkim, jakże bardzo ludzkim.
- No, chłopie nie dumaj zbytnio. Co było się nie odstanie! Ino zerknij
na baby one lamenty odczyniają, włosy rwą i paznokciami lica swe drą.
Młodzian zerknął za wskazującą ręką mężczyzny. Obraz oglądał najbardziej niechciany. Stosy stajały na skraju wioski a i głosy wołania z tamtej strony dobiegały.
Mężczyzna pomógł choremu zwlec się z posłania.
- Podprzyj się na barku moim a rychło do chłopów dojdziem.
Chrusty usypane wysoko jeszcze nie płonęły a baby darły kubraki i kłaki dalej rwały.
Mężczyźni kuśtykając dotarli do zebranych. Wtem cisza zaległa głucha. Weszła starszyzna, znaki magiczne czynić poczęła. Baby przywlekły staruchę jaką. Młodzian przyglądał jej się z uwagą wielką. Kim u licha była ta baba? Znał ją? A może gorąco mu w głowie mąciło... Ale nie... Ino była kobita woźnicowa i ona to miała z woźnicą w zaziemię pójść. Przytargała ze sobą co najpotrzebniejsze być miało z pokarmu, napojów, przyodziewku i broni.
Młodzian wiedział co ta zacna kobita za chwil kilka uczynić miała. Nie był skory do patrzania ale mąż, na którego ramieniu się wspierał ruchem głowy nakazał mu patrzeć i czynami w strawie przy pochówku uczestniczyć. Młodzian jął oczy przykrywać i jeno zza rzęsów zerkać ale dźgnięty łokciem swego kompana do godnego porządku wrócić musiał.
Kobita woźnicowa ogromniastej była postury. Włosy jej grube w warkocz splecione i dokoła głowy owinięte, jęła odwijać. Baby lamenty swe nasilały a woźnicowa warkocz se o szyję owinęła. Jęła łuczywa gorejącego szukać. Gdy w dłoniach je dzierżyła młodzian spostrzegł, że na szczycie stosu pokrwawione szczątki ludzkie leżały. Harmider uczynił się wielki. Baby wyły, chłopy śpiewy mamrotliwie mruczały. Dziatwy nie było, ino najmniejsza dziewuszka stajała. Ale chyba jakich ziół za wczasu pojadła, bo blada była i nijak się nie bojała.
Gdy śpiewy chłopów się wzmogły woźnicowa stos podpaliła. Ogień buchnął ogromniasty. Wiedźma zza pazuchy dobyła garść trawska jakiego i obrzucać gorejące drewna poczęła. Dym ogarnął biesiadników. Wtem młodzian dojrzał ową małą dziewkę. Trzymała bartka w rączkach i szła w ogień. Nikt jej nie wstrzymywał.
- Zatrzymajcie! Zatrzymajcie małą!! - Wrzeszczał pachołek ale nikt go nie słyszał. Muzyka chłopskiego śpiewu wkręcała się w uszy a baby tańce jakie odczyniały. Młodzian widział dziecię jak w ogniu kurczyło, wiło się i... wydawać by się mogło, że skwierczenie słyszy. Naraz ujrzał poświatę jaśniejącą ze stosu do nieboskłonów idącą. Później duszącą się woźnicową i jasne duszki uchodzące w gorę. Poczuł, że tańcuje. Nogi same mu chodziły. Z początku chciał opór stawiać, ale widząc różowe motyle ulatujące z paleniska poczuł ulgę i radowanie jakie.
Strawa nad umarłym trwała wieczór i noc okrągłą. Rankiem w oparach dymu ludziska jak kołowate chodziły.
- No, synu! - Ozwał się wczorajszy druh młodziaka- Jużeś twoja kolejność nadeszła. Imiono dla cię dane od bogów, ino prochy do urny zebrać musisz, a po pracy tej Świętochrust zwać cię będą.
Powiedziawszy to popchnął młodziaka tak silnie, że ten padł jak długi. Podniósł głowę popatrzył na popioły. Różowe motyle wylatywały ciągle jeszcze, ale mało ich już było. Baba podała mu dzban kolisty, gdzie świętowe prochy miał schować. Wyzbierał najdokładniej jak umiał każdy pyłek zmarłych mu przypominający. Dzban był pełen, gdy jeszcze jeden motyl z niego uleciał. Chłopak zastrachał się trochę, bo jakby życie miał w owym dzbanie zakryte, lecz podszedł do niego starzec i ozwał się w te słowa:
- Niechaj ulatują mgiełki fruwające. Ino się nie strachaj. To ludzkie maluczkie żywoty na dalszą drogę wędrują.
- Wędrują, więc po co przyodziewek i broń im dawana. Przecie na nic im się nie zda.
- O nie! - Ozwał się starzec ponownie.
- O nie mój synu, bo jako im tam we sklepieniu nie dobrze, one do swej ziemi wracają i tu posilenia im trza. A być i tak może, że na wędrówkę się do ciemności wybiorą a tam broń i przyodziewek bardzo się zdadzą.
Stary zamyślił się podrapał gęstą brodę i splunął...
- Chodź z urną ziemi ją oddać.
Pociągnął młodziaka wyszli za wioskę. Nikogo tam nie było, ni bab płaczących, ni chłopów śpiewających. Dziwnem to dla niego było, ale o nic nie pytał.
Stanęli przed lasem. Chłop schylił się pogrzebał palcem w ziemi.
- Kop tu Świętochruście, bo tak cię teraz zwać będziem, tak? - Młodzian skinął potwierdzająco głową i jął łapami ziemię rozgrzebywać. Wykopawszy dół okazały włożył tam urnę. Zerknął jeszcze nań czy oby motyli nie zagrzebie. Ale, nie wszytkie już odfrunęły, jął więc zasypywać.
Starzec stał nad nim z ręcami zaplecionymi na piersiach i dumał. Gdy młodzian robotę skończył stary odszedł i ni słowa już nie dobył z gardzieli. Świętochrust czuł się dumny, wielki i gotowy stawiać czoła nowym historyją. I chodź tu i ówdzie bolało go jeszcze nie zważał na to, szedł pewnie do wioski. Wiedział, że może wielkiej wody nie ujrzy, ale innych chlubnych czynów dokona.
|