Kala Pęczkowska

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Nimfy, Bogowie i Ludzie




Rozdział 03

Deszcz lał i widać nic nie było. Pola w błotnistej mazi tonęły. Kozy, owce i inne bydło stłoczone razem stajało. Chaty szare i ulane deszczem ludzi pod strzechami chowały. Rzeczka pobliska wezbrała i wielka okrutnie być poczęła. Pożarła swą głębiną niejednego zajęca i sarnięcie nie jedno.

Deszcz potrzebny był już od miesięcy to więc i tera nikt lamentu, ni płaczu nie czynił, choć nie jeden zęby zaciskał, że to jago jagnie zginąć musiało a nie chłopa innego. Ino jak zwykło być dziatwa tak na prawdę radować się umiała. Tańce, koziołki fikała a chlupaniom i wrzaskom końca nie było.

Gdy deszcz ustał lekuchno ludzie jęli porządki w zagrodach czynić. Bydło do kojców zaganiać i ptactwo do klat wiklinowych wkładywać. Baby za swoją robotę wziąć się musiały. Rychło, więc dziabki i motyki zabierały i w pole szły. Ale deszcz ciągle jeszcze padał. Nie czynił już co prawda tak wielkich bąbli na kałużach ale siąpił równo i nieprzyjemnie.

Baby ledwo z wioski wyszły a już we mgle deszczowej zniknęły. Wszyscy w błocie brodzili. Jedni klęli złowrogo drudzy się cieszyli. Obraz jaki widzieli był nie pierwszej piękności. Umorusane członki ciągle cośik przekładały, nakładały, to znów zwierzaki w inne miejsca prowadzały. A ziąb był owego dnia okrutny.

Dziatwa mimo, że gorąca od bieganiny była to kichała raz po raz rosząc wszystko wokoło tymi kichnięciami. Godziny mijały a deszcz siąpił i siąpił. Jakby jaka zapadka w nieboskłonach się zacięła. Ludzie pracowali mimo niechęci wszelakiej.

Wtem deszcz ustał jak ostrzem odcięty. Chłopy gęby w górę uniosły a i baby robotę na polu przerwały. Nigdy wcześniej zmiany takowej nie widzieli ni młodzi, ni starzy a zwarzywszy, że po chwili słońce w całej krasie jaśnieć poczęło, to upatrywać natychmiast znaku jakiego zaczęto. Nikt do roboty nie wrócił a gdy baby chmury jakowe kłębiące się nad nimi ujrzały, czym prędzej do zagród biec zaczęły.
Widok przedni był to zaiste. W dole ludziska jak maluczkie mrowie po kątach się kryły w strachu nie pojętym a na nieboskłonie w spokoju kłębiły się opary chmur ciemnych.

Ziemia zadrżała. Dziatwa z płaczem kiecek matek szukała, chłopy za broń chwyciły i dalej strzałami do chmurzysk mierzyć. Lecz ziemia zadrżała ponownie. Dzbany z płotów pospadały i rozpadły się na małe kawałki. Dzieciaki płakały, chłopy okrzyki bojowe wznosili a tu... Ziemia zatrzęsła się po raz trzeci. Chmury jęły się obniżać i czubki drzew zakrywać. Jasność buchnęła z nich przeogromna. Ludzi padli na ziemię. Smuga z chmur będąca popiół jaki rozsypała.

- Leżeć! Nie ruszać się! Oczu w górę nie unosić! - Zakrzyknął mąż jaki.

Wszyscy słuchali. Strach ogarnął ich ogromny i członki im podrętwiały. Nikt się też słowem nie ozwał. A chmura... osuwała się ku ziemi szybko, coraz szybciej. Prochu popielnego co prawda więcej nie było ale same gęste opary mgły wystarczyły aby ludziom rozum odebrać. Nikt nie krzyczał jeno baby pomdlały trzymając kurczowo w dłoniach grudki ziemi. Dzieciaki szlochały cichutko i trzęsły się jak liście osiki. Jedynie chłopy przy zdrowym rozumie ostali. Porozumiewawczo na siebie zerkali aż zaczęli wycofywać się na czworakach w stronę zachodnich zagród. Zebrawszy się tam zaczęli obradować pośpiesznie z nosami przy ziemi.

- Co to jest u licha?!
- Co tak pytasz, idioto, przecież gdybyśmy znali to coś nie strachalibyśmy się.
- Cichajcie chłopy! Nikt z nas tego tam - tu wskazała palcem w górę - nie widział nigdy wcześniej. I wiemy też, że nie są to jeno chmurzyska jakowe. Podumajmy więc co to być musi, bo za pewne nijak do tego co znamy pasować nie może. A być może i tak, że baby miały rację, może to znak z nieboskłonów jakowy.

Chłopy przestał nagle dyskutować, bo chmurzyska niżej zejść jeszcze musiały i ciemniejsze się zrobiły, sypnęły też popiołami tak gorącymi, że ludzi leżących bez osłony jakowej na ziemi poparzyły. Dzieciaki rozprysnęły się z wrzaskiem jak krople wody chluśnięte niepostrzeżenie z misy. Teraz jęki rozległy się przeciągłe i bolesne wielce. Ludzie poparzeni krzyczeli i czołgali się do zakamarków, krzaków czy gdziekolwiek aby się skryć. Naraz huk uczynił się wielki, błysk zalał swą ostrością wioskę i chaty. Słoma na dachach nie wiedzieć czemu płonąć zaczęła a i krzaki mimo że niedawnym deszczem solidnie zmoczone, zajęły się rychło. Nic nie było widać ino błyski, hukanie i gorąco jakby nieboskłony wszelką złość zebrały i do ludzi nią przyszły. Wtem huk przerodził się w dźwięki rozumne...jakby ludzkimi były. Wieśniaki słysząc je i rozumiejąc słowa słuchać baczniej zaczęli.

- JA ŻEM PIERUN I GRZMIĆ WAM BĘDĘ, GDY MI CHĘĆ NA TO PRZYJDZIE... A BRAT MÓJ SWAROŻYC - DAĆBÓG ZWAĆ SIĘ KAŻE! ON SŁOMĘ, NAWET NAJBARDZIEJ ZLANĄ DESZCZEM W GOREJĄCĄ POCHODNIĘ ZAMIENI, ON ZE SŁOŃCEM DYSPUTY CZYNIĆ UMI. A MY DWA NA WASZĄ ZGUBĘ PRZYBYĆ MOŻEM... INO WAS KARAĆ BĘDZIE TRZA MY PIERWSZE ZNAĆ TO BEDZIEM...

Słowa grzmiały i łyskały jasnością gorącą. Ludzie oczy zamykali a spalona skóra piekła ich jeszcze bardziej od słów owych. Ale gdy tylko głos mówić przestał ludzie padli w modlitewnych pokłonach. Coś co w górze być musiało żywem, uznało, że misję swą już zakończyło. Albowiem chmury wznosić się zaczęły a i jasność ciemniejszą się stała. Popiół, którym ludzie raczeni byli topnieć czy niknąć w jaki inny sposób zaczął. Chmurzyska malały aż za chwil kilka w zupełności zniknęły. Tera dopiero rwetes zaczął się ogromny. Wszyscy biegać, mimo ran zaczęli, kobity płakały i krzyczały, dzieciaki nie wiele z gróźb nieboskłonnych rozumiejąc cicho swe zranione rączki same głaskały i w zgliszczach chat siedziały.

Nagle jeden z mężów wstał i głos podniósł ku ludziom - a mógł to uczynić jako że ze starszyzny pochodził - „Cichojta lebiegi!”- uniósł dłoń geście pokoju wszelakiego

- Cichojta mówię wam. Widzielim tu rzecz dziwną nade wszelakie dziwy. Z nieboskłonów zjawy jakowe ku nam przybyły. Ale nie trza nam się strachać, albowiem brat mój co wiele stron z karawany kupieckimi przemierzył, widział już ludy, które tym zjawą pokłony składały. A złożywszy je spokoju wszelakiego zaznawały.

Tu zamilkł na chwilę by spojrzeć czy kamraty jego bacznie słuchają. Objąwszy bystrym spojrzeniem dziatwę, kobity i chłopów z postawą godną mówcy wywód swój toczył dalej:

- Tak, że mówię ja wam ani Pierun ani Swarożyc-Daćbóg nam na zgubę nie przybyli, jeno im należnych hołdów od nas trza. Dlatego też od dziś dnia płomień święty ze strzech tych zdjęty nakazuję w palenisku palić dzionek i wieczór cały. A gdy miesiąc w pełni będzie Swarożyca-Daćboga chwalić do tarczy okrągłej będziem. Gdy zaś deszcz takowy jaki dziś nas zastał znów przyjdzie, złożym modły do stwora pańskiego a on może jako dzisiaj łaskawość nam okaże

- Gdzie żeś ty łaskawość ową widział Wodzysławie nasz wielki? To przecież kobity nam zastraszyło i skórę ich aż do kości przypaliło a i dziatwa oczyska wciąż jeszcze od dziwów jakie ujrzała ogromniaste i wytrzeszczone ma.

- Nie mów tak poczciwy mój Młodomędrcu. A dyć popatrz ino, deszcz ustał w momencie najprzedniejszym. Tera i pola żyzne być muszą i polany wykarmią owce i kozy nasze, a że stara, zmęczona skóra popalona dyćko, toć nowa zdrowsza na jej miejsce porośnie.

Jeszcze baby jakie krzykiem swą rację pokazać chciały, to znów inne z bojaźnią uciszać je rękoma zaczęły. Trochę harmideru się uczyniło, ale po godzinach kilku juże wszytkie ludzie zgodnie do sprzątania się wzięły. A roboty było wielce dużo. Popalone strzechy naprawić, płoty od nowa postawić, bydło do zagród z okolic przywołać a i palenisko dla świętego ognia przygotować dogodne. Później w polu robotę dogonić, nowe garnce i misy polepić aż na koniec samym sobą się zająć i skórze odpoczynku w leczniczych ziołach dać.

Wszytkiego do roboty było w brud ale i czasu nie mało było. Ważne wszakże aby ludzie zgrane były, robota wartko szła a i do pierwszej świętowanej pełni ludziska zdążą, ino postarać się muszą. I tylko młody Świętochrust nie podzielał zdania Wodzisława. Bo toć on sam z karawany jeździć miał a o zjawach takowych niczego nie słyszał a po nocy tamtej jeno zło wszędzie widział.
Podszedł, więc do Młodomędrca, jako że wiekiem zbliżeni byli, i trochę nieswój zapytał:

- Tobie też nie w smak gadanie Wodzisława, hę...?
- A ty co żeś sobie ze mnie kompana zrobił, że gadasz tak bez przyzwolenia jakiego? Żeś imię dostał i we łbie ci się pokręciło, co?
- Nie, nie chciałem niczego złego ale... pomnij co żem gadał gdym z lasu od ludzi-wilków przybiegł. Co mi powiedzieć stary woźnica kazał.

Tu Świętochrust spuścił lekko głowę co by Młodomędrca swą postawą nie drażnić. Tamten, z racji tego, że wiekiem faktycznie nie bardzo się różnili, nie odszedł obrażony jeno podumał chwilę.

- Wiesz, może ty i rację masz ale Wodzisław, w starszyźnie wiele wiosen już, to jemy posłuch się należy, a i baba wiźnicowa i jego dziatki w zaziemię poszli, to i może jego gadanie tam jest razem z nim. No, nie wiem ale dysputy dalej ciągnął nie będę. Decyzyja taka i już, nic nam do tego. Odejdź i nie gadaj już o tym.

Młodomędżec odszedł szybkim krokiem i Świętochrust nic już powiedzieć nie mógł.




× × ×

← rodział poprzedni Δ

× × ×

Δ rodział następny →
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥