Kala Pęczkowska

Opowiadania Niezaprzeczalnie Dobre

Nimfy, Bogowie i Ludzie




Rozdział 04

Tak też, ludziska czyniły co Wodzisław przykazywał. Naprawiali, leczyli, budowali a baby w pole chodziły. I dobrze się działo. Zielone na polach rosnąć zaczynało, panów z nieboskłonów widać ni słychać nie było, bo to dary składano im hojne.

Baby o bliznach zapominać zaczęły a i Świętochrust spokojniejszy był, bo z lasu nic złego nie przychodziło. Nawet czasami po cichu przyznawał rację Młodomędrcowi a co za tym szło i Włodzisławowi.

Tymczasem zbliżała się noc sobótkowa i młodziki plan sobie skrzętnie ułożyli. Miała to być pierwsza samodzielna wyprawa przez Świętochrusta prowadzona. Może nie bardzo strachliwa ale przynajmniej nocna i na dziołchy, a to zdawało się na pierwszym miejscu w ważnościach być.
Tak i nadszedł upragniony wieczór...
Wszystko działo się zgodnie z planem. Było to jednak trochę nudne. Chłopy czekały na wyznaczonych pozycjach. Nikt się nie spóźnił ani nikomu nic złego się nie stało.

Tymczasem pociemniało. Las huczał cichutko a na bagniskach kumkały nieśmiało żaby.

- Hej! Dusignacie! Ruszaj no do mnie, ino żwawo, przecie dziołchy czekać nie będą.

Barczysty młodzian z niezbyt wyszukaną twarzą podczołgał się niemrawo do Świętochrusta.

- Ino juści jestem, jestem. Jeno po mału muszę się ruszać bo żem przecie na ostatnich zrękowinach nogi se poskręcał. I tera jak na deszcz się ma , to w łączeniach bolą przeokrutnie.

- Wiem, wiem. Dlategom pytał czy iść będziesz. Przecie nie musiałeś.

Świętochrust zerknął nań z dumnym licem.

- Tu droga daleka a i strachów w koło w brud. No... i matek zgody my nie mamy.

Szepty rozchodziły się po lesie i zlewały w gęstą mgłę. Ściółka była mocno wilgotna a leżąc na niej wszytkie łachy obślizgły i zamokły.

- Cichajta tam! - Ozwał się głośniejszy szept z głębi lasu. To Sławpol, najstarszy z młodzików, dobił do reszty. Znakiem tego dalej wolno już było czołgać się.

Godziny płynęły. Na nieboskłonie co jakiś czas gwiazdy łyskały zza ciemniastych chmur. Gromadka wieśniaków brnęła przez ciemne ostępy w zupełnej ciszy. Wiedzieli, bowiem co stać się mogło gdy obudzony w nocy Weles- duch co za wielką wodą nie ciałem a jego drgającą powłoką władał- złość swą na ludziach chciał będzie pokazać.

Szli, więc cicho i schylali się często, co by gałęzi bez potrzeby nie łamać. Aż las się skończył.

- Patrzajta urwali go czy co?
- Ano masz ty rację, Dusignacie jakeś dziwnie mi to wygląda.

Młodzianie wyszli na polanę i omal nie stoczyli się z urwiska stromego.

- Gliniaste to urwisko.
- Uważaj! Uważaj Sawpolu!

Za późno. Najstarszy z wyprawy osunął się po glinianym zboczu.
Spadając zrzucał za sobą grudy zwalistej, żółtej ziemi, kamienie i gałęzie, które nie wiadomo skąd się tam znalazły. Spadał, walał ziemią, krzyczał, krzyczał aż... ucichł. Mężczyźni stojąc na skraju urwiska spoglądali przerażeni w dół.

- Jesteś tam?! Słyszysz nas, Sławpolu?!!

Nic ani nikt nie odpowiadał. Wtem jeden z grupki zaczął wrzeszczeć:

- Nie możemy tu stać! Słyszycie, nie możemy! Zróbmy coś!

Był to zwalisty Dusignat, który naraz jął szarpać kamratów, ciskać grudkami gliny, kopać, kląć i krzyczeć, wrzeszczał jak zwierz ukąszony przez dorodnego gza:

- Idźmy tam, wyjmijmy go!! O na jasnego peruna!!

- Spokój! Mówię spokój! Łapcie go, słyszycie łapcie.

Świętochrust pobiegł za oszalałym chłopem. Nie mógł go dogonić. Kluczył między zaroślami. Potykając się i wywracając, aż obaj znikneli w ciemnym gąszczu.

Przy urwisku zostało dwóch, przerażonych, mokrych od potu młodzian. Nie rozmawiali. Co chwila któryś ocierał spoconą twarz. Co chwilę ktoryś zerkał za siebie bojąc się Welesa. Weles bowiem na pewno był w pobliżu. Zabrał przecież Sławpola. Zabrał go za wielką wodę. Zabrał go!

Myśleli szybki i chaotycznie. Bali się. Uciekł największy z nich. Uciekł ten, na sile którego opierali swój byt, przynajmniej tam i wtedy. Uciekł też ten, który był podporą myśli, podporą mądrości, to on miał być słusznym mentorem, jedynym mentorem, przynajmniej tam i wtedy.
I tak nagle oni wszyscy zniknęli. Zniknęli. Zostali dwaj niepozorni mężczyźni a właściwie chłopcy. Tak... zostali dwaj chłopcy, którzy w wyprawie nie chcieli uczestniczyć, którzy znaleźli się tam przypadkiem. Ich ojcowie nawet nie nadali im imion, nawet nie traktowali ich jak mężów, bo i za co. A tu nagle zostali sami. Sami z Welesem w owej olbrzymiej otchłani. Nie chcieli myśleć ale nie mogli przestać. Weles wielki Weles zabrał już jednego z nich a oni nawet mostu nie mogli ulepić dla niego, nie mogli.
Tak więc Sławpol zapewne borykał się teraz z wielką wodą, czy umiał ją przepłynąć, czy nie pożarły go wodne potwory, zjawy z pary powstałe albo wietrzne mary, przecież nie miał mostu, nie miał tego jedynego, potrzebnego mu mostu.

- Po co wam o wielce piękni młodzianie mosty budować?

Srebrzysty głos rozchodził się po okolicy. Nagle go usłyszeli.

- Po co wam trudów takowych dodawać? Jesteście niczym łąka wiosenna pełna kwiecia wszelakiego, kwitnąca, żywa, kusząca barwą i zapachem. Zostawcie te ciemne myśli... Chodźcie ... chodźcie z nami.

Głosy dobiegały zewsząd były ciepłem, miłe może kochane. Rozsnuły różową mgiełkę. Ścieliły polanę miękkim tchnieniem z małymi kropelkami rosy, jak gdyby zbudziły młodzików.

- Wstańcie i chodźcie z nami. Chodźcie do nas. Chodźcie ...

Ich słowa były jak pieśń słodkości wszelakich. Nie było już mowy o strachach, o Welesie nawet o mostach dla Sławpola. Nie było już mowy o niczym co nieprzyjemnym chcieć było. Młodzieńcy jak w półśnie słuchali pieśni zwiewnych panien. Tańczyli z nimi w miękkim, mglistym puchu.. Wszystko co widzieli czuli jak baśń wielką, mgłę różową, panny myjące się w rosie i pieśni, pieśni...

- Chodźcie! Weźcie nas za ręce... Chodźcie...

Chłopy złapały, więc delikatne dłonie niewiast i nic a nic nie zdziwiło och, to że ich skóra nie czuła ciepła ,że niewiasty owe nie miały właściwie skóry ani paznokci a ich jedwabne szaty nie były codziennymi jeno mglistymi marami.

Ale niestety o tym mógł tylko wiedzieć Świętochrust spozierający zza krzaków. Dorwawszy wreszcie przerażonego Dusignata obalił go na ziemię i nieprzytomnego dociągnął do skraju polany. Chciał pocieszyć utrapieńców i zorganizować pomoc jakową ale na miejscu znalazł widok przedziwny, widok o jakim nigdy wcześniej nie myślał ani nie słyszał.

Cała polana owita była ową mgłą różową. Wokoło rozchodził się słodkawy, duszący zapach. Z urwiska biła jasna smuga jakby z chaty jakiej, ogromnej wielce. Widział też postacie niewiast o urodzie tak cudnej, jak nieboskłon pełen gwiazd łyskających. Widział jak tańczyły, jak ruszały się. Wtem ujrzał swych kamratów, chciał krzyknąć, zawołać ich ale coś go powstrzymało, coś mu nie pozwoliło.

Siedział, więc za krzakami i patrzył jak niewiasty otulały tamtych swymi powiewnymi szatami, jak wirowały w pląsach do jakiejś niesłyszalnej muzyki. Patrzył tak długo bez ruchu jakiego zupełnie jakby kto urok nań jaki rzucił. Widział jak młodzianie biorą panny za ręce, jak idą w otchłań jaśniejącą. Bał się, że więcej ich już nie ujrzy. Bał się, że odejdą na wsze czasy. Ale nic nie mógł zrobić.

Wtem poczuł kroplę potu spływającą po jego czole. Kropla dotarła do oka i skapnęła nań kłując boleśnie solą niczym ostrzem. To wystarczyło. Świętochrust zasyczał z bólu i zaczął trzeć oko. Zamknął przy tym drugie i tarł oba. Ból ustawał. Mógł podnieść powieki. A uczyniwszy to ujrzał obraz niebiański, ten sam, który mamił go przed chwilą ale... jakiś inny. Czyżby urok minął? Czyżby zdjęto z niego różowe patrzałki przez które niby to wcześniej zerkał?
Nie wiedział. Siedział tak jeszcze chwilę aż postanowił ruszyć na polanę. Bał się, więc nie wstał i nie pobiegł tylko czołgał się po mokrej trawie w stronę urwiska.

Kiedy już był przy jaśniejącej smudze- pustej tera jeno ciągle różowawej jakiejś- poczuł gorąco od niej bijące. Zastrachał się. Może to jakie sztuczki Weles czynił? Może zabrał młodzików i czekał na resztę towarzystwa?...

Ciekawość była jednak silniejsza niż strach. Świętochrust ucałował grudki glinianej ziemi i podczołgał się nad samo urwisko. To co ukazało się jego oczom było jak mara, ni to straszna, ni lubieżna ale... taka jakiej starucha- wiedźma uczynić nie potrafiła.

Światło biło z dołu. Było faktycznie blado-różowe i ciepłe. Uchodziło jak drgające ciało nieboszczyka z czubka głowy zwierza potwornego. Zwierz owy głowę miał mocno zbudowaną. Oczu Świętochrust nie obaczył ale ujrzał kilka chudych nóg.

Nogi owe jak pajęcze mocno stały na glinianej ziemi, chłopak patrzył i nie mógł uwierzyć. To jednak Weles! Ich pan z zaświatów pozwalał mu patrzeć na swoją wielkość i moc nieograniczoną. To on przychodząc tu zza wielkiej wody osunął całą polanę na której dziewki czekać miały.

Świętachrust wstrzymywał oddech, żeby nie obrazić pana. Leżał tak na mokrej, glinianej ziemi i patrzył. Zobaczył swych kamratów, których Weles w swym ogromie połknął niewidzialną paszczą, połknął też owe niewiasty w zwiewnych szatach, ale one same tego chciały, weszły do paszczy , której co prawda Świętachrust ciągle nie widział, weszły a wcześniej wepchnęły młodzian.

Świętochrust leżał na górze i patrzył, patrzył i wstrzymywał oddech tak długo, aż w głowie mu nie pociemniało, wówczas wypuszczał powietrze i ponownie łapał haust. Aż na dole coś się stało. Przez otwór w głowie Welesa wysunęła się jakaś dziwna rzecz. Potem Świętochrust ujrzał postacie trzech dziewek niemrawych czy nieżywych jakich, które przez otwór po cielsku Welsa się osuwały i chyba spadły na ziemię. Ale tego młody chłop już nie widział dokładnie, bo pan wielki chyba wykonawszy swoją robotę albo może zmęczywszy się postanowił wrócić za morze, bo zakopciło się okrutnie ( chyba tak szybko przebierał pajęczymi nogami) i olbrzymie cielsko zaczęło unosić się ku nieboskłonom.

To już było zbyt wiele dla głowy Świętochrusta. Wypuścił powietrze z płuc i chciał uciekać przerażony ale w głowie mu pociemniało na dobre i więcej już nie pamiętał.

Ocknął się rankiem oblany zimną wodą.
Gdy podniósł głowę Welesa już nie było a dokoła stali wieśniacy. Stał też wśród nich Dusignat, stały matki chłopaków z wyprawy i cicho płakały. Wszyscy chcieli aby Świętochrust mówił i mówił, opowiadał. Szarpali go za kubrak i mokre włosy. Świętochrust nie mógł jednak zebrać myśli, wszystko mu się mąciło. Zamknął oczy.




× × ×

← rodział poprzedni Δ

× × ×

Δ rodział następny →
· Opowiadania ·



¥ Kai Fist - Strona główna ¥