Kala Pęczkowska |
|||
Nimfy, Bogowie i Ludzie | |||
Rozdział 04Tak też, ludziska czyniły co Wodzisław przykazywał. Naprawiali, leczyli, budowali a baby w pole chodziły. I dobrze się działo. Zielone na polach rosnąć zaczynało, panów z nieboskłonów widać ni słychać nie było, bo to dary składano im hojne. Baby o bliznach zapominać zaczęły a i Świętochrust spokojniejszy był, bo z lasu nic złego nie przychodziło. Nawet czasami po cichu przyznawał rację Młodomędrcowi a co za tym szło i Włodzisławowi. Tymczasem zbliżała się noc sobótkowa i młodziki plan sobie skrzętnie ułożyli. Miała to być pierwsza samodzielna wyprawa przez Świętochrusta prowadzona. Może nie bardzo strachliwa ale przynajmniej nocna i na dziołchy, a to zdawało się na pierwszym miejscu w ważnościach być. Tymczasem pociemniało. Las huczał cichutko a na bagniskach kumkały nieśmiało żaby. Szepty rozchodziły się po lesie i zlewały w gęstą mgłę. Ściółka była mocno wilgotna a leżąc na niej wszytkie łachy obślizgły i zamokły. Godziny płynęły. Na nieboskłonie co jakiś czas gwiazdy łyskały zza ciemniastych chmur. Gromadka wieśniaków brnęła przez ciemne ostępy w zupełnej ciszy. Wiedzieli, bowiem co stać się mogło gdy obudzony w nocy Weles- duch co za wielką wodą nie ciałem a jego drgającą powłoką władał- złość swą na ludziach chciał będzie pokazać. Szli, więc cicho i schylali się często, co by gałęzi bez potrzeby nie łamać. Aż las się skończył. Przy urwisku zostało dwóch, przerażonych, mokrych od potu młodzian. Nie rozmawiali. Co chwila któryś ocierał spoconą twarz. Co chwilę ktoryś zerkał za siebie bojąc się Welesa. Weles bowiem na pewno był w pobliżu. Zabrał przecież Sławpola. Zabrał go za wielką wodę. Zabrał go! Myśleli szybki i chaotycznie. Bali się. Uciekł największy z nich. Uciekł ten, na sile którego opierali swój byt, przynajmniej tam i wtedy. Uciekł też ten, który był podporą myśli, podporą mądrości, to on miał być słusznym mentorem, jedynym mentorem, przynajmniej tam i wtedy. Ale niestety o tym mógł tylko wiedzieć Świętochrust spozierający zza krzaków. Dorwawszy wreszcie przerażonego Dusignata obalił go na ziemię i nieprzytomnego dociągnął do skraju polany. Chciał pocieszyć utrapieńców i zorganizować pomoc jakową ale na miejscu znalazł widok przedziwny, widok o jakim nigdy wcześniej nie myślał ani nie słyszał. Cała polana owita była ową mgłą różową. Wokoło rozchodził się słodkawy, duszący zapach. Z urwiska biła jasna smuga jakby z chaty jakiej, ogromnej wielce. Widział też postacie niewiast o urodzie tak cudnej, jak nieboskłon pełen gwiazd łyskających. Widział jak tańczyły, jak ruszały się. Wtem ujrzał swych kamratów, chciał krzyknąć, zawołać ich ale coś go powstrzymało, coś mu nie pozwoliło. Siedział, więc za krzakami i patrzył jak niewiasty otulały tamtych swymi powiewnymi szatami, jak wirowały w pląsach do jakiejś niesłyszalnej muzyki. Patrzył tak długo bez ruchu jakiego zupełnie jakby kto urok nań jaki rzucił. Widział jak młodzianie biorą panny za ręce, jak idą w otchłań jaśniejącą. Bał się, że więcej ich już nie ujrzy. Bał się, że odejdą na wsze czasy. Ale nic nie mógł zrobić. Wtem poczuł kroplę potu spływającą po jego czole. Kropla dotarła do oka i skapnęła nań kłując boleśnie solą niczym ostrzem. To wystarczyło. Świętochrust zasyczał z bólu i zaczął trzeć oko. Zamknął przy tym drugie i tarł oba. Ból ustawał. Mógł podnieść powieki. A uczyniwszy to ujrzał obraz niebiański, ten sam, który mamił go przed chwilą ale... jakiś inny. Czyżby urok minął? Czyżby zdjęto z niego różowe patrzałki przez które niby to wcześniej zerkał? Kiedy już był przy jaśniejącej smudze- pustej tera jeno ciągle różowawej jakiejś- poczuł gorąco od niej bijące. Zastrachał się. Może to jakie sztuczki Weles czynił? Może zabrał młodzików i czekał na resztę towarzystwa?... Ciekawość była jednak silniejsza niż strach. Świętochrust ucałował grudki glinianej ziemi i podczołgał się nad samo urwisko. To co ukazało się jego oczom było jak mara, ni to straszna, ni lubieżna ale... taka jakiej starucha- wiedźma uczynić nie potrafiła. Światło biło z dołu. Było faktycznie blado-różowe i ciepłe. Uchodziło jak drgające ciało nieboszczyka z czubka głowy zwierza potwornego. Zwierz owy głowę miał mocno zbudowaną. Oczu Świętochrust nie obaczył ale ujrzał kilka chudych nóg. Nogi owe jak pajęcze mocno stały na glinianej ziemi, chłopak patrzył i nie mógł uwierzyć. To jednak Weles! Ich pan z zaświatów pozwalał mu patrzeć na swoją wielkość i moc nieograniczoną. To on przychodząc tu zza wielkiej wody osunął całą polanę na której dziewki czekać miały. Świętachrust wstrzymywał oddech, żeby nie obrazić pana. Leżał tak na mokrej, glinianej ziemi i patrzył. Zobaczył swych kamratów, których Weles w swym ogromie połknął niewidzialną paszczą, połknął też owe niewiasty w zwiewnych szatach, ale one same tego chciały, weszły do paszczy , której co prawda Świętachrust ciągle nie widział, weszły a wcześniej wepchnęły młodzian. Świętochrust leżał na górze i patrzył, patrzył i wstrzymywał oddech tak długo, aż w głowie mu nie pociemniało, wówczas wypuszczał powietrze i ponownie łapał haust. Aż na dole coś się stało. Przez otwór w głowie Welesa wysunęła się jakaś dziwna rzecz. Potem Świętochrust ujrzał postacie trzech dziewek niemrawych czy nieżywych jakich, które przez otwór po cielsku Welsa się osuwały i chyba spadły na ziemię. Ale tego młody chłop już nie widział dokładnie, bo pan wielki chyba wykonawszy swoją robotę albo może zmęczywszy się postanowił wrócić za morze, bo zakopciło się okrutnie ( chyba tak szybko przebierał pajęczymi nogami) i olbrzymie cielsko zaczęło unosić się ku nieboskłonom. To już było zbyt wiele dla głowy Świętochrusta. Wypuścił powietrze z płuc i chciał uciekać przerażony ale w głowie mu pociemniało na dobre i więcej już nie pamiętał. Ocknął się rankiem oblany zimną wodą. | |||
× × ×← rodział poprzedni Δ |
× × ×Δ rodział następny → | ||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||