Kala Pęczkowska |
|||
Nimfy, Bogowie i Ludzie | |||
Rozdział 05Lało. Kałuże przeistaczały się w rwące potoki brudnej, gęstej i słodkiej wody. Chaty otulone mgłą nie były niemal widoczne. Ze zwierzęcych kojców dobiegały ciche beczenia, popiskiwania. Nikt na to jednak nie baczył. Wszyscy byli źli i wściekli. Pola zamokły. Dachy chat przeciekały, zwierzęta nie wychodziły na pastwiska i polowania nie należały do owocnych. Dziatwa od kilku dni bardziej niemrawa, coraz mniej hałaśliwa była za to kichała, kasłała jak nigdy dotąd. Dni mijały a wrota rozwarte w nieboskłonach wciąż wylewały strumienie wody. Pobliska rzeczka rozlała i teraz nie było już żadnego ratunku dla pól. Prawda ta okrutna wielce dotarła do pobliskiego grodu skąd pomoc spieszno dotrzeć miała. Opóźniała się jednak nieco, albowiem kilkoro ze śmiałków bagna pogrążyły, jeden nogi poskręcał, inny zapadł na jakąś śmiertelną chorobę, ale grupka chłopów po wielkich trudach dotarła do osady. Przytaszczyła ze sobą trzy kwarty suszonego mięsa, kilka dzbanów miodu, trochę zielonego i pół wieprza solonego. Starszyzna zaraz poczęła zapasy dzielić a baby chowały upakowane misy i dzbany do ziemnych jam- aby tam obłożone kamieniami i suchą słomą mogły przetrwać ulewy. Chłopy przyniosły też mleka koziego dla brzemiennych, które lada dzień rozwiązania czekały. Młoda Lelujka zaniosła dwa dzbany owego mleka do chaty na skraju wioski. Chata stała osobno. W środku było wilgotno. Wejście przesłonięte tylko matą tak naprawdę niewiele przesłaniało. W rogu na słomie leżały trzy dziewki z wielkimi brzuchami. Normalnie baby rozpaliłby tam wielkie ognisko i parzyły wywary ziołowe, aby przyszłym matką zapewnić wszelkie wygodnictwo, ciepło i opiekę jakową. Jednakże wówczas było inaczej. Do dziewek nikt nie zaglądał. Jeno owa mała Lelujka mogła tam wchodzić. Świętochrust od zdarzenia tamtego zmienił się bardzo. A i liczyć z jego słowem się zaczęto. Albowiem po niechybnej śmierci Sławpola, następny wedle kolejności nadań starszyzny, miał być właśnie on. Mała Lelujka poszła z dzbanem do owej ostatniej, zapomnianej chaty. Dziołch wyszły na dwór skryte pod chustami. Doszły do chaty, w której brzemienne były. Odsunęły matę. W środku było wilgotno, stały dzbany puste juści. Kobity zerkały w kąt. Co tam było? Za ciemno co by cosik prócz marnych cieni obaczyć. Jedna z nich wyciągnęła drzazgę osmoloną z garnca grubego. Rozjaśniało. Krzyczała aż krzyk w mamrotanie się zmienił. Kobita cofając się z wytrzeszczonymi oczami nadziała się ma pal jaki, nie wiedzieć skąd będący. Nic wielkiego stać by się nie stało, gdyby baba nie wydumała w strachu, że to duchy, że to Weles ją szpicą jaką ostrą wielce przekłuwa... A myśląc tak padła bez tchu jak długa. Tym razem do chaty poszła już cała grupa, baby i chłopy. Wzięli ze sobą łuczywa w garncach i chusty na się narzucili. Na miejscu obaczyli zemdlone dziewki i małą Lelujkę, której wcześniej nikt nie znalazł. Z końca chaty wybiegło kilkoro młodzików, po chwili wrócili z Świętochrustem. Słabym trochę, bo po dawnych, nocnych historyjach ze Sławpolem biedakiem, Dusignatem i resztą, jego głowa długo do normalności dojść nie mogła. Doprowadzili go do starca i oddając pokłon odsunęli się trochę. Chłop podszedł wolno do ściany, (a wiedzieć nam trza, że muskularny się zrobił jakby jeno mlekiem kozim i jajami przepiórczymi karmiony był), przejechał dłonią po rycinie węglowej. Spojrzał. Potem na dłoń zerknął. Była mokra i brudna od węgla rycinowego, chociaż... Powąchał ją, roztarł w palcach czarną maź, raz jeszcze powąchał. Wszyscy stali w milczeniu, czekali co zrobi. Świętochrust gładził nierówne belki, aż dojechał dłonią do siana. Wstał i wolno uczynił to raz jeszcze. Ręka nie zrobiła się czarniejsza. Najstarszy mówił a Świętochrust przyglądał się ścianie i grzebał w sianie. Wtem zamarł w bezruchu. Ujrzeli to inni a i najstarszy gadać przestał. Świętochryst natomiast, rozgarniał wolniutko siano. A im bardziej rozgarniał, tym wyraźniejsze kwilenie jakie stamtąd dochodziło. Świętochrust wygrzebał w końcu kwilące maleństwa i uniósł je na dłoniach, tak aby wszyscy obaczyć mogli. Baby chyba jakie nieodporne tamtego dnia być musiały, bo kilka z nich runęło na ziemię bez przytomności. Świętochrust trzymał maleństwa dłuższą chwilę. Były grzeczne. Patrzyły dużymi, mądrymi oczkami na wszytkich. Ich małe noski różowiały jak ozdoba na buzi, tylko usteczka były trochę inne, trochę bardziej do dziobu ptaka jakiego albo może graczki do ziemi, podobne. W ogóle całe maluchy mogły trochę strachania przynosić ale jak dobrze im się przyjrzeć to miłość i dobroć od nich biła. Były maleńkie. Tak małe, że Świętochrust trzymał je w otwartych dłoniach niczym trzy jeżyki leśne. A ciałka ich nie włosem jeno puszkiem pokryte były, miały też trochę ptasie nóżki, ale... wszystko to nie ważne było, bo ludziska jakieś odmienne się stały. Chłopy poczęły się uśmiechać doń a baby - te które stać jeszcze mogły - oczy z łez ukradkiem ocierały. Powiedziawszy to uśmiechnął się. Popatrzył na maleństwa i wyszedł z chaty. Nie wiedzieć czemu już nikogo - prócz omdlonych bab - widok małych dziwactw, nie odstraszał. Wszyscy niczym dotknięci urokiem z nieboskłonów jakowym, przyjęli maluchy do siebie , wszyscy chcieli je dotknąć, nakarmić. | |||
× × ×← rodział poprzedni Δ |
× × ×Δ rodział następny → | ||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||