Kala Pęczkowska |
|||
Nimfy, Bogowie i Ludzie | |||
Rozdział 07Tak jak co roku Wielka Biała Pani odeszła. Ale ludziska bały się jej powrotu, że to niby o czymś zapomnieć mogła i miałaby przyjść i zmrozić cosik jeszcze. We wsi wrzeć poczęło. Ludzie uprzątać kojce zaczęli, baby z chat podgniłe siano wyrzucały i do kojców zwierzaków wynosiły. Chłopy dzidy i ostrza strzałowe czyściły, co by do polowania gotowe być mogły. Rankiem co czas jakiś słychać było śpiewy nimf leśnych, a i co poniektóre ptaki ćwierkaniem szarości dnia rozbijały. I na owe ptaki baby zerkały z niepokojem jakim. Pamiętały, bowiem brzydactwa z dziołch zrodzone. Pamiętały i wzdychały, trochę z utęsknienia, trochę ze strachania. Dni wydłużały się a i roboty przybywało. Aż pewnej nocy, gdy wszyscy spali, jeno psy na czatach siedziały, coś zahukało znajomo. Nikt się jednak nie obudził. Hukanie powtarzało się. Łamały się gałęzie i słychać było trzepotanie dużych, jakiś skrzydeł. Nadal nikt się nie budził. A hałas czynił się co raz większy. Hukanie, trzaski i wycie wiatru rozbijanego skrzydłami, słychać było wszędzie. Miesiąc tamtej nocy nie wyszedł na nieboskłon, ciemno więc było jak w studni. Drzewa szeleściły nagimi gałęziami i cienie jakowe wiły się między pniami. Mała Lelujka obudziła się. Przetarła oczęta i wyszła z chaty. Rozejrzała się za krzaczkiem dogodnym a ujrzawszy go pobiegła i ukucnęła. Zimny wiater ją owiał, to też całkiem obudzić się musiała. Otworzyła szerzej oczy i uszy rozwarła. A dyć słuchanie jej trzaski i wycia przyniosło. Zastrachała się. Już uciekać do chaty chciała, gdy głos jaki jej dobiegł: Dziewka sztywna z zajścia takowego czyniła co głos jej kazał. Zerkła za się. Ale za prędko chyba, bo niczego nie obaczyła, a ciekawość spokojności jej nie dawała. Zerkła, więc raz jeszcze... I ujrzała brzydactwo ptasie z łon tamtych zrodzone. Jeno inne trochę było.
Lelujka ukucnęła przy nim( bo toć przecie żadna upiorna mara nie była). Przyglądała się dziwactwu ale za ciemno było bez miesiąca na nieboskłonie, niewiele więc obaczyła jeno kontury. A dziwak gadał dalej: Lelujka usiadła na zimnej ziemi i gębę szerzej rozwarła. Ucichł na chwilę. Lelujka wciąż siedziała, choć zadek zmarzł jej nie letko. Nie bojała się ale też nie wiele rozumiała z paplaniny tamtej bulgotliwej. To też z zapytaniem do dziwactw się ozwała: Zapadła cisza. Nie słychać była ani hukania, ani wiatru. Lelujka ukucnąć musiała, bo pupsko zmarznięte , aż boleć ją zaczęło. Gdy otrzepała kiecę z ziemi i odgarnęła włosy z oczu, nie było już dziwactw. Jeno trzepot skrzydeł unosił się dokoła. Mała dziewka poszła do chaty i wtuliwszy się w matkę, zasnęła. Na dzień drugi z rana samego nowiny w nocy słyszane opowiedzieć chciała ale rwetes we wiosce był tak wielki, że ledwo ludziska nóg se nie poskręcały z pośpiechu jakiego. Z chaty pięknie odstrojoną dziołchę wyprowadzili. Za nią jaj matka staruszka i dziatwa wszelka szła. A jako pierwszy, dumny kroczył ojciec dziołchy. Swat zdążył już u przyszłego męża z nowiną być. Toć ten w chacie przy ogniu czekał. A spokojny był nad podziw. Ludziska przeszły tak przez wieś całą. Dziatwa biegała dookoła umorusana w błocie, a chłopy dalej misy tłukły na szczęśliwość wszelką( dobrze, że zimował tam Poznan co garnki czynić umiał to i tera tłuc było co). Zdawiny długie i huczne były wielce. Chłopy popiły miodu chmielnego a i bagienny o zmroku jakaś baba przytaszczyła. Nawet nimfy śpiewy pogubiły- choć nikt z nimi przy czaszy zdawinowej nie siedział. | |||
× × ×← rodział poprzedni Δ |
× × ×Δ rodział następny → | ||
|
· Opowiadania · ¥ Kai Fist - Strona główna ¥ | |||