Rozdział 08
- Hej! ty tam! No, ty tam!
Barczysty chłop przestał krzyczeć i pewnym, szybkim krokiem zbliżał się do woja.
- No! Co, żeś ty ogłuchł synalku jeden!
Mówiąc walił młodzika ciężką łapą po plecach.
Wojak zakaszlał i upadł:
- Nie, nie panie, jużem skończył, już słuchać mogę, to znaczyć ma, że słucham.
- No, jeno bystro mnie słuchaj. Masz tu strzał tuzin a idź z nimi do Wiciąża naszego wielkiego, niech no rozporządzi co z nimi czynić trza. Czy też trucizn jakichś nakłaść, czy ciężkiego brązownika zatopić.
Chłopak z przerażonymi oczami chwycił strzały pokłonił się śpiesznie i pognał do szałasu Wiciąża- Drogowita, co też dowodzenie wszelkie miał.
Obóz cały usłany był szałasami większymi i mniejszymi. Jedne niedźwiedzią skórą pokryte, inne jeno liśćmi zaplecione były. Tudzież najokazalszy na środku stał.
Dookoła otoczony był kamieniami wielkości prawie równej. We wnętrzu kręgu mchem ziemia pokryta była na znak kręgu wieczności i miękkości kobierców południowych co wielkość ludzi podkreślać miała.
Tam właśnie nasz młody wój posłany został.
Dobiegł zdyszany wielce. Otarł czoło i czuprynę przygładził. Ukląkł i na czworaka, jak zwierz potulny za krąg kamienny wszedł. Tam głowę pochyliwszy czekał, aż Drogowit ujrzeć go raczy ( a wygodnie mu się czekało na kobiercu z mchu leśnego ).
W koło woje chodziły, jedne gadały inne jeno strzały ostrzyły. Gdzieś spod lasu pieśni wojownicze brzmiały. Trzepane brązowniki, jak liście o siebie obijane, dźwięczały w rękach mężów jakich. A młodzian czekał. Drogowit nie wychodził.
Aż poły szałasu się rozwarły. Wylazł chłop wielki, jak dąb, brodaty z jasnym włosem równo przyczesanym. Podszedł do woja klęczącego:
- Co żeś tu synu przytaszczył?
Dotknął głowy młodzika. Ten ze strachaniem ale i z naiwnością wielką spojrzał na Drogowita.
- Czego gapisz się durniu!! Jużeś u mnie na służbie! Gadaj czego chcesz i szkolić się idź, jeszcześ do walki nie gotów!
Nagły gniew Wiciąża Wielkiego tak zaskoczył młodzieńca, że jęzor mu zdrętwiał i w gardle zaschło. Przez chwil kilka łapał oddech niczym jaszczurka słońce aż głos w końcu wydobył:
- Te strzały panie, strzały co czynić z nimi mamy, co czynić?
Głos mu drżał jakby bogi jakie przed nim stajały.
- A... strzały mówisz, strzały... Ano, trucizn nakłaść wam trza będzie, a ino spieszno! No, wstawaj młokosie!
Młody wój zerwał się na równe nogi i ze schyloną głową, przeskoczywszy kamienie pognał do szałasu.
Ruch w obozie ciągle się nasilał. Gdy słońce na nieboskłon wlazło wysoko, zaciężniki z południa, z gór na zwierzach końmi zwanymi przybyły. Wszytkie woje razem zebrane w rynsztunku stać miały.
Wiciąż - Drogowit siedział na koniu, ciemnym jak urodzaje dająca ziemia. Starsze woje okrzyki groźne wznosiły, młodsze z pokorą rozkazów słuchały. Wiciąż rękoma wymachiwał, do walki zachęcał. Konie kopały ziemię i kłęby piachu wznosiły, inne rozgniatały mokre grudy i parskały pianą.
Dzień krótszy był to też Drogowit wojów musiał przed wieczorem na bezpieczną stanicę zawieść. Wyruszyły wszytkie.
Pierwszy na zwiadach biegł zaufany człek, za nim gdzieś o rzut kamieniem biegli woje w pełnym rynsztunku ale nie gotowi do walki jeszcze a dalej wielki Wiciąż- Drogowit na koniu.
Koń jego okryty był niedźwiedzią skórą a łeb owinięty miał miękką, lisią skórką. Zaciężne jechały na końcu.
Zmrok zbliżał się nieuniknienie. Słońce jeszcze nie bardzo mrawe po zimie było i zza chmur nie bardzo chciało wyzierać. A i chylić się za wczasu ku ziemi zaczęło. Zaufany człek nowinę o wojach miał nieść do wiosek mijanych co by walka równą być mogła. Taki był zwyczaj.
Woje co nie przyuczone do walki jeszcze były biegły w szyku zwartym i przeszkodę czynić mały dla rozjuszonego ludu, gdyby ten rzucić się na napaźćców miał.
Wiciąż- Drogowit na koniu kroczył dumnie. To on miał wojom rozkazy czynić z polecenia Samona, pana co na południu górskie ludy w swoje władanie zajmował.
Tym czasem wioska do której zbliżali spała smacznie po zdawinach Świętochrusta z tłuściutką Rosetką. Tu i ówdzie dzbany i misy puste się walały a z chat co po niektórych dźwięki wszem dobrze znane dochodziły.
I w czasie takiej rozkoszy przybyć miał posłaniec z nowiną, o której dziwactwa z Lelujką w noc gadały.
Ale tak się nie stało, bo też bogi nie przewidziały, że twory ich, w puszczach mieszkające będą samowolę czyniły.
Ludzie - wilki były posłuszne żądaniom bogów, bo dla wyrównania gatunku stworzone zostały. Ale owej nocy inaczej się stało.
Potwory te złaknione ludzkiej, ciepłej krwi z mordami ociekającymi śliną rzuciły się na pierwszego, który szedł, zaufanego człeka. Ten bronić się nie mógł a nawet nie zdążył. Bo to z gęstwiny bez wycia i łypania ślepiami wyskoczyły bestyje. Rzuciły się na chłopa i rozerwały jego ciało na strzępy. Wyrwały trzewia i rozwlekły je po dukcie.
A głupie takie nie były jak bogi sobie myślały. Czekając na posiłek większy, łuczywo biedaka pożartego ugasiły a szczątki przykryły leśnym runem.
Potem, schowane w gęstwinie czekały.
Czas mijał a bogi chyba spać musiały ( może i u nich jakie zdawiny były) bo ni ogniem gorejącym z nieboskłonów nie rzuciły, ni ulewy nie spuściły, ni w końcu odezwać się nie raczyły. To dla złaknionych ludzi- wilków radosnym wielce być miało.
Jużeści jak w rynsztunku całym młode woje nadciągnęły, bestyje z krzaków wyskoczyły i walka toczyć się zaczęła.
Jedni strzały wypuszczali, inni ucieczką bronić się chcieli. Ale zębiska bestyje miały ostre i odzienie rozrywały szybko i zgrabnie. A i biegać potrafiły wartko, jak jeno wilk potrafił. Krzyk był tak wielki i przeraźliwy taki, że dotarł i do wioski Świętochrusta i do Wiciąża- Drogowita. Ten drugi, jużeści łuczywa rozpalać zaczął i kadzidła południowe, co to zło odstraszać miały. Strachu jednak nie okazywał.
Dotarłszy na miejsce uczty straszliwej widok nieludzki jemu i wszystkim się objawił. Wszędzie czerwieniała krwista maź, żywa niemalże. Walały się łuki i strzały połamane.
Zajęła się ściółka i zajaśniało płomieniami jurnymi i ostrymi wielce.
Wtedy Drogowit ujrzał i cielska ludzi- wilków. Pobladł i nie ozwał się ni słowem. Stracił wojów bez walki jakiej. Stracił ich nie w ludzkim pojedynku, to jeno zło uczynić mogło i znaczyć niczego dobrego nie miało. Zawrócił, więc swego czarnego wierzchowca i rozkaz do odwrotu dał.
Rankiem, gdy słońce zajaśniało wszytkie zło na światło wyjrzało.
Z wioski Świętochrust z Dusignatem i kilkoma jeszcze ochotnikami na zwiady się udali. Lelujka obudzona wcześnie o nocy z dziwactwami sobie przypomniała i juści do Najstarszego pobiegła.
Chłopy we wsi wraz z młodzikami dokoła chat krąg z kamieni i ziemi poczęli ustawiać. Inni w las poszli kłód na budowę płotów nazbierać.
Obudzili się i bogowie w nieboskłonach, choć wieśniacy nic o tym wiedzieć nie mogli. Obudzili się i... oczom swym świętym wierzyć nie mogli. Ludzie- wilki zasady złamali, ludzie- wilki sprzeciwu się dopuścili, a więc i przepowiednia dziwactw dana jako posłannictwo od bogów, nie spełniona była. Bogi szaty ze złości rwać poczęły.
Swarożyc- Daćbóg zasłał ogień gromki na puszcze, gdzie bestyje za dnia sypiały. Pierun grzmieć zaczął, leśne nimfy wyły przeraźliwie, wody z brzegów wystąpiły. I działoby się tak pewnie i do końca niechybnego, gdyby nie czerwona dioda mrugająca na boskim ekranie.
- Swarożyc! Patrzaj Swarożyc! Kontakt, jest kontakt!
- A juści prawdę gadasz! Wciskaj, wciskaj głośnik!
- Jużem to uczynił!:
Bogi stajały w oparach chmur przed ekranem wielgachnym jak chata cała. Piasek kręcił cosik pokrętłami i walił pięścią ze złośliwością wszelką.
Wtem, wrota się rozwarły i wparadował Weles potężny ze zwiewnymi pannami swymi. A mokry był okrutnie.
- Co żeście znowu alarm taki uczynili!?
- O! Patrzaj, patrzaj Perunie, nasz wielki Weles z zaświatów do nas przybył, ale wcześniej chyba rozkosznej kąpieli w słonej wodzie zażywał.
Zaśmiał się Swarożyc.
- No, czegoś taki wściekły. Przeciem jeno żartować chciał.
Mówiąc to Swarożyc podszedł do mokrego boga i poklepał go solidnie po plecach a, że wzrostu mu matka Natura nie wiele dała, to i skakać przy tym klepaniu musiał, jak dziecię nie rosłe.
- Chłopy, spokój, słyszyta, spokój! Mam połączenie.
Piasek siedział przy pulpicie i dalej kręcił. Jednak już spokojnie i bez nerwacji. Na ekranie kropki mrugające rzadszymi się stawały. Wnet, nie wiedzieć skąd łeb wielki i dziwnie przystrzyżony się ukazał.
Wszytkie bogi wtedy usiadły i słuchać poczęły. Gadania było wiele. Raz za razem bogi śmiały się i złościły okrutnie. To znów chmurzyska przykrywały łeb tamtego. Aż w końcu kropy, jak kule śniegowe wielkie zakryły wszytko.
- Co też oni gadali!?
- No, jak to co!? Co żeś regulaminu nie czytał Perunie. Nie wolno nam ingerować tam gdzie planeta jeszcze do rozrodu nie gotowa.
- No, no co ty mi takie herezje gadasz, przeciem i ja szkoły skończył!
- A może i kończyłeś ale specjalizację trzy razy zaczynałeś zanim do końca dobrnąłeś.
- Ja! Ja! A ty Welesie erotomanie co to jeno żarcia i ciała młodego ci potrzeba, co umiesz!? Co, czegoś się nauczył!?
Wrzaski trwały i trwały. A za każdym wrzaśnięciem ogień z nieboskłonów ziemię rozpalał, bądź głaz jaki nieboraka przygniatał i żywot mu na ziemi kończył. A kłóciliby się tam przez roków kilka- bo w nieboskłonach czas inaczej był liczony- gdyby nie Piasek co spokojny był i wszytkich do zgody dowieść umiał.
|