Rozdział 02
Do feralnego miejsca pozostało mu około kilometra. Bardzo niewiele. Pół godziny i będzie po wszystkim. Ostatnie 30 minut życia. W głowie pustka. Nie ma wątpliwości.
Chcąc dotrzeć na miejsce musi przejść przez ruchliwą ulicę. Nie zwraca na nią uwagi. Dla niego jest to zwyczajny odcinek chodnika. Przeraźliwy pisk opon, a po chwili dźwięk klaksonu wyrywają Adama z letargu.
- Szczeniaku, patrz gdzie leziesz. Życie ci nie miłe? - Krzyczy kierowca TIR-a, który zatrzymał się dosłownie o włos od głowy Adama.
- A żeby pan wiedział - odpowiada spokojnym głosem.
Facet za kierownica wyraźnie zdziwiony kręci tylko głową, by po chwili kontynuować podróż. Samobójca robi kilka kroków i po chwili znajduje się po drugiej ulicy.
"Po jaką cholerę się zatrzymał? Już by było po i przynajmniej ludzie by mnie pamiętali jako ofiarę a nie jako samobójcę..."- Takie myśli krążą po jego głowie.
- Przyjacielu, przyjacielu - cichy męski głos, dający poczucie bezpieczeństwa.
Nie zwraca na te słowa uwagi.
- Przyjacielu, przyjacielu - ktoś ponawia wołanie.
Ogląda się nieufnie za siebie, nikogo nie ma.
- Przyjacielu, przyjacielu.
Spogląda nerwowo na wszystkie strony. Nikogo.
- Przyjacielu, przyjacielu.
Zdaje się, że nikt inny nie słyszy wołania. Obraca się kilka razy dookoła własnej osi, szukając błędnym wzrokiem kogokolwiek, kto może mianować się jego przyjacielem.
Wtem wykonuje gwałtowny obrót i zderza się z młodym mężczyzną, zaledwie kilka lat starszym od niego. Oboje lądują na chodniku. Przypadkowy przechodzeń jest wyraźnie zamroczony. Adam nie odczuł praktycznie zderzenia. Momentalnie zrywa się na równe nogi, otrzepując swoje ubrania. Orzechy, które niósł pechowy mężczyzna, rozsypały się po okolicy.
- Nic panu nie jest? - Pyta troskliwym głosem Adam.
- Bardziej się martwię o ciebie - odpowiada tamten.
- Nie zna mnie pan, więc dlaczego się pan o mnie martwi?
- Nie muszę znać człowieka, żeby wiedzieć, że jest chory.
- Ja chory? Ciekawe, na co?
- Dobrze wiesz.
- Nie wiem.
- A co niesiesz w torbie?
Adam jest zaskoczony. Nie spodziewał się tego pytania. Zdziwienie rysuje się na jego twarzy niczym obraz ręką malarza. Mężczyzna patrzy pewnym wzrokiem wprost w oczy Adama, które wyrwane ze snu, gonią chaotycznie po chodniku.
- Wciąż myślisz, że nie jesteś chory? - Pada pytanie jakby wprost ze sali sądowej.
- Odwal się. Kim ty jesteś, że decydujesz czy chory jestem czy nie? Przepraszam, że na ciebie wpadłem, ale skoro nic ci nie jest, to możesz już iść. Do widzenia.
- Mnie możesz zostawić, ale siebie nie oszukasz.
Adam nie namyślając się długo odwraca się na pięcie i odchodzi kilka metrów.
- Kobieta?
Adam zatrzymuje się. Na twarzy pojawia się zaskoczenie. Takie samo pojawiło się kilka chwil wcześniej.
- Tak kobieta, piekło ją zrodziło, ale ona jest tylko czubkiem góry lodowej. Zresztą nieważne... - ton spokojny, zrezygnowany
Po tych słowach zalega cisza. Adam nie ma pojęcia, co zrobić. Z jednej strony chciałby spytać nieznajomego o wiele spraw, z drugiej strony chce mieć już to wszystko za sobą. Chce dokończyć dział, zamknąć książkę.
- Jeszcze wiele pustych kartek przed tobą - pada z ust mężczyzny.
- O czym ty mówisz?
- Żaden poeta nie pisze książki, żeby ją zakończyć w połowie, zostawiając resztę jako białe strony.
- Przecież ja żadnej książki nie napisałem.
- Cały czas ją piszesz.
- A na pierwszej stronie wyryte jest zieloną czcionką, wielkimi literami:
"WOLAŁBYM, ŻEBY MNIE LUDZIE ZNIENAWIDZILI, NIŻ MIAŁBYM BYĆ DLA NICH JEDYNIE POWIETRZEM, O KTÓRYM WIEMY, ŻE JEST...
OBOJĘTNOŚĆ JEST PRZEKLEŃSTWEM"
Nieco niżej drobniejszymi literami widnieje:
"ROZMOWA JEST TYM, CO NAS ODRÓŻNIA OD ZWIERZĄT" -
Wyrecytował nieznajomy głos, w taki sposób, że Adama ciarki po plecach przeszły.
Spogląda za siebie i widzi drugiego mężczyznę, zapewne tego, który przed chwilą powiedział te ważne słowa.
Stoją teraz we trójkę. Adam spogląda nerwowo to na jednego to na drugiego mężczyznę. Uleciał strach. Pierwszy mężczyzna uśmiecha się tajemniczo, widać, że spodziewał się kolejnego rozmówcy.
|