Prolog
Zwykły piątkowy dzień. Siąpił deszcz a ja wracałam ze szkoły do domu. Oczywiście nie pomyślałam by rano z domu zabrać parasolkę...
Doszłam jednak do przystanku autobusowego i ukryłam się pod daszkiem. Krople deszczu przykleiły mi włosy do twarzy ,więc je odgarnęłam i rozejrzałam się. Ponieważ nie było śladu po autobusie sprawdziłam ,która godzina. Przynajmniej taki miałam zamiar. Ale zaraz... no hej! A gdzie mój zegarek?!
Odkąd dostałam go w prezencie nie rozstawałam się z nim, zakładałam go gdy tylko wychodziłam z domu. A tu co? Hmmm ,ale to znaczy .... to znaczy....że ja go zgubiłam?! No nie! W taką pogodę? Tylko ja mam to wyczucie czasu ( He cóż za sarkazm!).
No dobrze ,spokojnie. Gdzie go mogłam posiać? W szkole? Po drodze? Wszędzie... No nic przejdę się może leży niedaleko.
Chyba potrafisz sobie wyobrazić jak cudowne jest uczucie gdy musisz wrócić do miejsca, z którego przed chwilą z miłą chęcią uciekłaś/eś? I w takim właśnie humorze wyszłam na deszcz... Z twarzą zwróconą do chodnika mijając kolejne metry bez pożądanych rezultatów co słyszę? autobus. Tak ,oczywiście mój.
Sytuacja jaka właśnie kreśliła się przede mną nie była ciekawa. Zmoknięta, zmarznięta, bez zegarka i bez możliwości powrotu do domu w najbliższym czasie. Taaa , nie ma to jak optymizm.
Rezygnacja ,która zdążyła się odbić na mej twarzy towarzyszyła mi w powrocie do szkoły. Od czasu do czasu przebłysnęła między ociekającymi deszczówką kosmykami włosów nadzieja, że w szkole znajdę zgubę.
Szkoła. Przed chwilą opuszczałam ją myśląc, że na calutki weekend. Jaki to los potrafi być nieobliczalny.
No ale co się będę użalać? Idę do szatniarki, ona mnóstwo rzeczy znajduje. Szaliki, czapki, długopisy. Zegarki? Czemu nie. Ok, spytać nie zaszkodzi. Staję przed portiernią i ...całuję klamkę. Nie no co to dla mnie, przecież dziś mam "szczęście". Echh, zejdę do szatni, pewnie tam jest.
Nie ma. Czyżby lekka frustracja? Wdech wydech, wdech ,wydech. Ależ skądże! jaka frustracja?
Poczekam. Przecież mam czas. Zapewne zaraz przyjdzie. Niedaleko stała ławeczka, więc usiadłam na niej. Jeny ,jak ja muszę koszmarnie wyglądać? wyciągnęłam lusterko i chusteczki i zaczęłam doprowadzać się do porządku, gdy usłyszałam głosy. Myślę "No nareszcie, odwraca się passa."
Ale czy aby na pewno pani Tosia (szatniarka) używa takiego słownictwa jakie odszyfrowałam z przybliżających się głosów? Nie. Czyli idzie ktoś inny. I nagle zza winkla wysuwają się trzy sylwetki . Męskie. Tzn. chłopięce. Aaaa! kogo ja widzę? echhh to mój , to mój, tzn nie mój , ale ... Hmm no miło popatrzeć. Niestety w towarzystwie swych ograniczonych uciskiem mięśni na mózg kolegów.
Może mnie szczęśliwie ominą? Nie lubię ich...prócz tego kolegi. No to nie jest kolega, ale z widzenia go znam. Wydaje się sympatyczny i wogóle. No zgadnij czy mnie wyminęli.
Dziwnym trafem i zupełnie nieoczekiwanie nie ominęli. Kierowali się dokładnie w moją stronę.
Starałam uspokoić się i nie dać po sobie poznać ,że robią na mnie jakiekolwiek wrażenie. I co wtedy słyszę?
- Ooo patrzcie! Zmokła kura!! - powiedział najobrzydliwszy z nich, Szakal.
- Hehe - ryknął nieszkodliwy ,co nie znaczy sympatyczny , Dabik.
Pomyślałam, że jak ich oleję to oni mnie też.
Myliłam się.
- Co tak siedzisz jak kura na grzędzie?! - Szakal.
- Heh wysiaduje jaja!! - Dabik.
No to już było ponad moje nerwy. Uniosłam głowę i zobaczyłam nad sobą wykrzywione w głupkowatych uśmiechach dwie twarze. Trzecia była posągowa. "Mój luby" ani się śmiał ani bronił. Nie powiedziałam nic bo uznałam ,że nie ma sensu. To o dziwo poskutkowało. Już mieli mi zniknąć z oczu za zakrętem ,gdy patrzę, a co na ręce ma Szakal?!
Mój biedny zegarek. Od razu go poznałam ,bo miał oryginalny pleciony pasek w kolorkach moro.
- Hej! - wyrwało mi się.- A skąd Ty masz ten zegarek co?!
Nie wiem jak opisać Ci mam jego minę...Czy kolor purpurowy coś mówi? Albo fałdki na czole? A może tępo -wściekły wzrok? No w każdym razie był chyba lekko poruszony. Ale nie straciłam werwy i podeszłam do nich. Patrzymy teraz sobie prosto w oczy. Oj. Jakoś tak moja dusza jęczy chyba...
- Co powiedziałaś?
- Pytam skąd masz mój zegarek?! - moc w głosie z jaką to powiedziałam zaskoczyła i ich i mnie.
- Heh , Twój powiadasz? - Szakalowi chyba było teraz do śmiechu ,gdy ujrzał mą frustrację.
- Tak ,to mój zegarek, możesz mi go oddać? - Nie wiem czy to było aż tak bardzo naiwne sądząc , że mi go odda , no ale trzeba walczyć o swoje!
- A co mi dasz?
Powiedział to z tak obleśnym uśmiechem ,że mało nie cofnęło mi się drugie śniadanie.
- Nic Ci nie dam!! - wykrzyknęłam mu prosto w twarz i to chyba był błąd.
- Ja ci zaraz....- ale nie dokończył ponieważ o dziwo obudził się mój książę i powiedział :
- Dobra zostaw ją, oddaj ten zegarek i idziemy. - Echh mój wybawca...
- Chcesz go?- spytał Szakal. Pokiwałam głową, że tak. Na nic innego nie było mnie w tej chwili stać.
- To masz.- Zdjął zegarek i ku memu zaskoczeniu wyciągnął w moją stronę.
Już go prawie miałam w ręce, gdy co? Szakal z pełną premedytacją i satysfakcją na twarzy puszcza go na posadzkę. Rozwścieczona schyliłam się by go podnieść ,ale Szakal nie chciał ustąpić i z całą siłą jaką posiada jego ogromna noga roztrzaskał zegarek.
Potrafię dużo znieść ale to było ponad moje nerwy. Już czułam łzy pod powiekami. Wzięłam tylko pasek - na pamiątkę - odwróciłam się i zaczęłam biec do wyjścia.
Po chwili z przerażeniem stwierdziłam, że ktoś za mną biegnie. Nie miałam już sił ,więc przed szkołą zwolniłam.
On.
Milczący przez większość tego przykrego wydarzenia.
Staje przy mnie, zmachany, uspokaja oddech, uśmiecha się.
Ze zdziwienia chyba opuściłam lekko szczękę, ale zaraz się opamiętałam.
- To może Ci się przydać - powiedział i wyciągnął na dłoni resztę części mej kochanej zguby.
Najpierw się zastanawiałam czy on przypadkiem sobie ze mnie nie kpi.
Ale kiedy spojrzał na mnie ciemnymi ,piwnymi, zadziornymi ale niemożliwie sympatycznymi oczętami uświadomiłam sobie ,że robi to z dobrej woli. Wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu i podziękowałam.
- Mam na imię Dawid, sorry za Szakala ,wiesz on jest trochę narwany.
Trochę? Stęknęłam w duchu.
- Patrycja , miło mi Cię poznać.
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy sobie gawędzić a to o szkole a to o muzyce. Przyznam, że zrobiło się bardzo sympatycznie. Tak poznałam Dawida.
|